Mapy i twarze. Reżyseria castingu

„Nie ma czegoś takiego jak przegrany casting. To spotkanie jest niezwykle wymagające i trudne dla obu stron. Kiedy jest poprowadzony w odpowiedni sposób, casting staje się dla aktora pretekstem do sięgnięcia głębiej, wydobycia na wierzch nowych narzędzi, nieznanych wcześniej emocji. Tylko w nielicznych momentach aktor scala się z opowiadaną historią.

Takie zespolenie to rodzaj święta. Nie tylko dla mnie. Również dla aktora i wszystkich zaangażowanych w proces castingu. To są spotkania, dzięki którym aktor może poczuć, że jest wciąż zdolny do kreacji. Pod tym względem casting może być formą rozwoju zawodowego. Niezależnie od efektu aktor nigdy nie jest w takiej sytuacji przegrany, bo zostaje w mojej głowie. Odbyliśmy razem wspólną podróż, która się nie kończy. Będziemy razem wspólnie szukać nowych możliwości” – tak o swojej pracy w rozmowie z Małgorzatą Steciak mówi Nadia Lebik, jedna z najbardziej docenianych polskich reżyserek obsady.

Małgorzata Steciak: Kilka minut przed umówionym spotkaniem napisała pani, że się odrobinę spóźni, bo castingi się przedłużyły. Dodała pani: „to praca jak w pogotowiu”. Co miała pani na myśli?

Nadia Lebik: W zawodzie reżysera obsady przyjemną stałą jest zmiana. Planując casting, musimy wziąć pod uwagę dostępność czasami bardzo szerokiej grupy aktorów i twórców zaangażowanych w projekt. Nawet jeśli sobie wymarzę jakąś konfigurację aktorską, często okazuje się, że zebranie ich wszystkich w tym samym czasie i miejscu graniczy z cudem. Dodatkowo obecnie sprawę komplikują realia pandemiczne, w jakich od dwóch lat wszyscy pracujemy. Kwarantanny, izolacje i ogólna niepewność, wpisana w naszą codzienność, bardzo utrudniają planowanie z wyprzedzeniem. Proces tworzenia obsady jest pracą na żywym organizmie. Z każdym kolejnym spotkaniem pojawia się nowa jakość, inne spojrzenie na poszczególne aspekty bohatera, jego otoczenia. Postać opisana w scenariuszu zostaje powołana do życia, kiedy jest przepuszczona przez bardzo konkretne emocje aktora. Później zaczynamy łączyć aktorów w pary i większe grupy, by stworzyć odpowiednią obsadę. To jest bardzo inspirujący, ale też wymagający znacznych nakładów czasu proces. Nigdy nie wiadomo, ile czasu potrwa spotkanie ani co się na nim wydarzy.

Kartografowie

Czym się różni praca reżysera castingu od pracy reżysera?

Narzędzia w pracy mamy podobne, ale tylko przez casting spotykamy reżyserów z ich bohaterami. Ostatecznie nie przeprowadzamy z aktorem całego procesu tworzenia roli i kreacji, lecz koncentrujemy się na skondensowanej formie przedstawienia możliwości aktora w danej roli. Jesteśmy specjalistami w dziedzinie znajomości i wiedzy na temat aktorów. Znamy ich w wielu odsłonach, nie tylko z dotychczasowych ról – spotykamy ich podczas rozmaitych prób i występów. Wiemy o ich niewykorzystanym potencjale, który czeka na odpowiednią historię i twórcę. Chodzimy na spektakle, oglądamy filmy, seriale, reklamy, obserwujemy, jak dana osoba się rozwija. Spotykamy się z aktorem częściej i dłużej niż twórca filmu. Zazwyczaj reżyser castingu zna rozpiętość umiejętności zawodowych aktora znacznie lepiej niż reżyser. Często jesteśmy jedyną osobą z produkcji widzącą, jakie dana osoba ma możliwości. Jesteśmy głodni nowych aktorskich kreacji. Marzymy o tym, aby zobaczyć znaną nam osobę w nowej odsłonie. Sama mam takie nazwiska wśród znanych mi aktorów, które czekają na swoją szansę.

Dobry reżyser castingu musi doskonale znać aktorów, wiedzieć, czym się aktualnie zajmują, jaki mają dorobek. Powinien mieć doświadczenie w reżyserowaniu aktorów, a także ogólnie rozumianą wrażliwość i otwartość na drugiego człowieka. Ten zawód wymaga też dobrej organizacji, umiejętności zarządzania własnym i cudzym czasem.

Ile trwa etap castingu do filmu lub serialu?

W komfortowych warunkach zajmuje to około sześciu, siedmiu miesięcy. Ten czas jest potrzebny do przygotowań, sfinalizowania kwestii formalnych, ale również po to, by obsada się poznała, spędziła ze sobą trochę czasu. Kiedy aktorzy czują się w swojej obecności komfortowo, znają się i ufają sobie, praca na planie staje się prostsza. To widać później na ekranie.

Na którym etapie pracy nad filmem pojawia się reżyser obsady?

Z reguły zaczynamy pracę, kiedy scenariusz jest skończony. Są jednak sytuacje, w których reżyser castingu pojawia się nawet wcześniej. Najlepiej pracuje się już na gotowym tekście, kiedy możemy przygotować mapę postaci. To rozpisany szczegółowo układ relacji, emocji, jakie towarzyszą głównemu bohaterowi jego otoczeniu. Tworzymy w ten sposób psychologię postaci, analizujemy, jak rozwija się ona na przestrzeni scenariusza, jak wpływają na nią inni bohaterowie i sytuacje, w których się pojawiają. Taka mapa jest później, podczas castingu, zestawiana z konkretnymi aktorami, ich emocjonalnością, warsztatem, fizycznością.

Planeta Singli. Osiem historii, fot. Paweł Drabik, Canal+

Po przeanalizowaniu tekstu przedstawiamy nasze wnioski reżyserowi. Wymieniamy się pomysłami, naszą wizją obsady. Czasami na tym etapie pojawiają się już określone nazwiska, nawiązania do konkretnych ról, które pomagają lepiej wyobrazić sobie postać. Na przestrzeni kolejnych spotkań wykuwają się propozycje, wizja postaci nabiera kształtu. Nie polegamy tu wyłącznie na własnej intuicji, choć ona jest oczywiście cenna. Pomagają spotkania z twórcami, dystrybutorem, czasami nawet z osobami, które docelowo mają być odpowiedzialne za marketing danego tytułu. Kiedy w kolejnej fazie dochodzi, podczas castingu, do spotkania z aktorem, jest ono już przeze mnie bardzo dobrze przygotowane. Wtedy ze zderzenia tekstu z żywym człowiekiem wyłania się bohater. Odczytujemy tekst poprzez ludzi – dotyczy to zarówno aktorów profesjonalnych, jak i naturszczyków. Najbardziej interesuje mnie casting, w którym aktor chce być bardzo blisko postaci, jest z nią wręcz organicznie złączony. Wydaje mi się, że wówczas to jest nie tylko bardziej wiarygodne dla widza, ale dostarcza też większej przyjemności samemu aktorowi. Życiowe doświadczenia odkładają się w nas i zmieniają to, jak postrzegamy świat, naszą wrażliwość, czasami również nasz wygląd. Aktor nigdy nie jest tą samą osobą na przestrzeni lat. Nie dam się nabić w butelkę i wmówić sobie, że jeśli ktoś już raz pracował z pewną osobą, to nie ma potrzeby przeprowadzania castingu, bo skoro raz do siebie pasowali, to zawsze będą kompatybilni. Każde spotkanie jest potencjalną niespodzianką. Praca z amatorami pozostaje pod tym względem bardziej wymagająca, ale daje nawet więcej zaskoczeń. Aktor nieprofesjonalny, kiedy wciela się w rolę, często wchodzi w postać całkowicie, jest bardzo blisko bohatera.

Co to znaczy?

To są najczęściej osoby, które mogą odegrać wyłącznie postać mocno osadzoną w ich wrażliwości, doświadczeniu. Rzadko udaje się znaleźć dla nich inne narzędzia niż te zakotwiczone w ich osobowości czy naturalnych predyspozycjach. Nie mają odpowiedniego warsztatu, żeby budować postać od zera albo dystansować się od niej. Dlatego kolejne role są dla nich niełatwe do zagrania. Trudniej im też w tej pracy odciąć się od własnej emocjonalności i wspomnień. Najlepiej widać to na przykładach ról dzieci, nastolatków. Kiedy szukamy do filmu czy serialu 18‑latka, trudno mówić o procesie obsadzania profesjonalnego aktora. To może być nawet osoba, która właśnie dostała się na studia aktorskie, ale mimo wszystko na tym etapie czerpiemy głównie z jej predyspozycji, osobowości, bo tak młody człowiek jeszcze nie opanował warsztatu aktorskiego.

Casting jest owiany złą sławą, jako doświadczenie bardzo dla aktora nieprzyjemne, skupione na rywalizacji. Jak to wygląda w rzeczywistości?

Zależy mi, aby aktorzy mieli świadomość, że gramy do jednej bramki. Nie jesteśmy panami i paniami zza kamery, którzy mają jakieś nieokreślone oczekiwania. Jesteśmy im niezbędni, żeby mogli zrozumieć swoją postać i wizję twórcy. Zawsze spokojnie tłumaczę aktorom, jaka jest moja rola w tym procesie. Na etapie castingu ja wiem więcej o postaci i świecie, ale aktor tworzy tego bohatera, wlewa w niego swoją wrażliwość, warsztat, doświadczenia. To praca na emocjach, naznaczona stresem, poczuciem odrzucenia, nawet jeśli nikt intencjonalnie nie chce nikogo zranić. Mimo że aspekt rywalizacji o rolę jest wpisany w ideę castingu, to doświadczenie jest przede wszystkim poszukiwaniem. Aby odnaleźć idealnego bohatera, czasami przygotowuje się dla aktorów zadania, ale najczęściej pracujemy na tekście – bawimy się nim, rozkładamy na czynniki pierwsze, wywracamy znaczenia.

Aktor, przychodząc na casting, może znać na pamięć scenę, ale nie rozumieć za dobrze swojego bohatera. Poza tym na etapach castingu często scenariusz nie jest jeszcze gotowy i aktor nie ma dostępu do całego tekstu. Podczas spotkania możemy wspólnie poszukać najlepszych rozwiązań, uruchomić aktora, przekazać mu pełną wiedzę na temat tego, czego szukamy. Moim zadaniem jest odpowiedzieć na wszystkie pytania, jakie na tym etapie mogą się nasunąć.

Poszukiwacze

Czego aktor nigdy nie powinien robić podczas castingu?

Nie powinien przychodzić nieprzygotowany. Oprócz tego nie wiem do końca, czego nie powinien robić, chyba zostawiam tę kwestię samym aktorom. Wiem za to, że powinien założyć, że bardzo dużo nadziei wiążę z tym spotkaniem, że jest dla mnie ważne.

Jak się wprowadza aktora w stan, w którym jest gotowy otworzyć się przed reżyserem obsady i spróbować czegoś nowego, odsłonić się?

Szczerze? Trzeba być wyspanym i po śniadaniu (mówię o sobie). Najważniejsza jest otwartość na spotkanie z drugim człowiekiem. Aktorom, którzy denerwują się spotkaniem z reżyserem czy reżyserem castingu, próbuję przedstawić to doświadczenie jako pewien rodzaj święta. Mówię: wyobraź sobie, że przygotowuję dla ciebie i kilku innych osób elegancką kolację, robię to już od trzech tygodni. Cały czas opowiadam reżyserowi, dlaczego to ty jesteś tym bohaterem, przekonuję go na wszelkie możliwe sposoby, że nikt nie zagra tego lepiej niż ty. Potem, kiedy w końcu dochodzi do spotkania, wystarczy, że aktor tak naprawdę będzie czuł się mile widzianym gościem. Wtedy dzieje się magia.

Skąd wiadomo, że aktor pasuje do roli?

Nie ma reguły, wszystko zależy od tego, jaki film chcemy zrealizować. Często zdarza się, że na ostatnim etapie castingu zostają nam dwie osoby, obie świetne. Jak wybrać? To nie konkurs, nie wygrywa „lepszy”. Każda z tych osób reprezentuje po prostu inną wizję filmu. Decydując się na jedną z nich, obieramy po prostu drogę, którą chcemy kroczyć przy danym projekcie.

A co, jeśli czuje pani, że aktor, na którego naciska twórca, nie jest tym bohaterem?

Kiedy dostaję od producenta lub reżysera informację, że bardzo chcieliby z kimś pracować, z szacunku do swojej i cudzej pracy zawsze sprawdzam możliwość spotkania na castingu tej osoby. Chcę mieć stuprocentową pewność, że podejmujemy dobrą decyzję. Są aktorzy, z którymi nie cierpię pracować, ale jeśli są moimi bohaterami, zawsze się z nimi spotkam i będę ich zawzięcie broniła. Mam to szczęście, że pracuję z producentami i reżyserami, którzy mają otwarte głowy. Nawet jeśli są skupieni na swojej wizji, słuchają tego, co mam do zaproponowania. Sama mam zresztą dość przewrotne potrzeby, jeśli chodzi o aktorów – lubię włożyć kij w mrowisko i wywracać świat do góry nogami. Zaprezentować dobrze znanego aktora w zupełnie nowej odsłonie, zawsze szukać czegoś świeżego. Tak było w przypadku Wojtka Mecwaldowskiego w Klangorze (Canal+, 2021), w którym wcielił się w bezwzględnego strażnika więziennego. Jego dotychczasowe doświadczenie i wizerunek aktorski, kojarzone głównie z lżejszym repertuarem i pozytywnymi postaciami, pracowały ciekawie i przewrotnie w kryminalnej konwencji. Kiedy zaproponowałam do odcinka Zjazd absolwentów w Planecie Singli. Ośmiu historiach (Canal+, 2021) duet Piotra Witkowskiego i Izy Kuny w kontekście romantycznym, początkowo nikt oprócz reżyserki, Oli Terpińskiej, nie był do tego pomysłu przekonany. Argumentowano, że aktor jest za młody, że nie będzie pasować do aktorki. Tymczasem Kuna i Witkowski stworzyli jedną z najlepiej dobranych par, jakie widziałam w polskiej komedii romantycznej. Mają między sobą tak świetną ekranową chemię, że uważam, że zasługują na spin off. Po spotkaniu z nimi uparłyśmy się z reżyserką, by zbudować tę relację na różnicy wieku, co zagrało fantastycznie.

Klangor, fot. Jarosław Sosiński, Canal+

Trzeba w tym zawodzie być otwartym na rozmaite niespodzianki, jakie przynoszą spotkania z aktorami przy zdjęciach próbnych. Bardzo lubię też sytuację, kiedy mogę postawić na pracę z debiutantem, który jest absolutnym diamentem i potrzebuje tylko odrobiny wsparcia. Nic nie sprawia większej frajdy. Tak było w przypadku Zosi Wichłacz, debiutującej w Mieście 44 (2014, J. Komasa). Pojawiła się na jednym z ostatnich castingów jako zupełnie nieznana osoba. Nie występowała wcześniej przed kamerą, a zdeklasowała inne, bardziej doświadczone kandydatki, które przeszły wcześniej przez kolejne etapy zdjęć próbnych.

Jak często zdarzają się takie odkrycia?

Takie spotkania zdarzają mi się raz na jakiś czas. Ostatnio miałam podobną sytuację z Matyldą Giegżno, która zadebiutowała w Klangorze. To niezwykle utalentowana młoda aktorka. Teraz wydaje się, że zniknęła z ekranów, ale za chwilę wróci z wielkim przytupem, gdyż przed nią dwie duże role. Jestem przekonana, że za rok, kiedy te produkcje będą miały swoją premierę, będzie się o niej mówiło jako o doświadczonej aktorce i gwieździe filmowej. W procesie reżyserii obsady jest tylko jeden warunek, który pozostaje związany z przyzwoitością – zawsze widz musi być potraktowany serio. Wprowadzając nawet jakiś rewolucyjny pomysł w obsadzie, muszę mieć pewność, że widz w to uwierzy, że odczyta moje intencje. Nigdy się tego nie wie do końca, ale należy nieustannie o tym myśleć. A już najbardziej to lubię się mylić.

Jak to?

Kiedy dany aktor, w którym nie widzę bohatera, zaskakuje mnie i udowadnia podczas spotkania, że nie miałam racji. Kiedy walczy o rolę, przelewa siebie w postać w zaskakujący sposób. To jest super. Pamiętajmy, że reżyserzy obsady nie są nieomylni.

Łatwiej jest najpierw obsadzić główną rolę, a następnie kompletować resztę obsady, czy odwrotnie?

Nawet kiedy zaczynamy pracę nad filmem z myślą o konkretnym aktorze, dla którego została napisana rola, ten proces nie staje się prostszy. Czasami dopasowanie świata do jednej stałej jest większym wyzwaniem niż budowanie tego świata symultanicznie. Porównałabym to do sytuacji, w której do nowego mieszkania wstawiamy bardzo charakterystyczny mebel nadający styl pomieszczeniu, a następnie dobieramy kolor ścian, podłogi, pozostałe dodatki. Aktor wybrany do głównej roli ustanawia pewną konwencję. Następnie dobiera się kolejne osoby, które budują jego świat, emocje, zależności. To wszystko musi do siebie pasować. Niekiedy podczas pracy nad rolą między aktorem a reżyserem wytwarza się taki rodzaj intensywnej relacji, że ustalenia z etapu castingu schodzą na dalszy plan, zmienia się koncepcja. Moją rolą jest również zachowywać czujność, czy ustalona na początku koncepcja jest nadal aktualna, a jeśli nie, to czy mamy pewność, że chcemy ją zmienić, bo to ma wpływ na całą historię. Wizja bohatera musi być spójna ze światem zbudowanym na etapie castingu. Wydaje się, że to zadanie wymaga nie tylko ogromnej wiedzy, ale przede wszystkim umiejętności miękkich i wysokiej komunikatywności.

Jak nie stracić kontroli nad projektem?

Bardzo ważne jest pilnowanie proporcji w relacjach. W przeciwnym razie coś przekłamiemy, odwrócimy uwagę od głównego wątku, co odbija się niekorzystnie na całym projekcie. Zdarza się, że wspaniale zagrana postać drugoplanowa zaczyna się wybijać, dominować głównego bohatera. I mimo że kreacja jest rewelacyjna, muszę ją ściągnąć w dół, żeby nie ukradła nam historii. W bardzo komfortowych warunkach, kiedy jest dużo czasu na pracę na planie, można takie rzeczy wypoziomować przy współpracy z reżyserem, ale w większości polskich produkcji nie ma takiej możliwości. Kiedy obsada jest już kompletna, moja praca się kończy. Myślę sobie: no dobrze, ta łódka już płynie. Ale co się stanie po drodze, w jakim stanie będzie, kiedy dopłynie do celu – to już jest poza mną. Dopóki nie obejrzę filmu czy serialu, który obsadzałam, dopóty żyję w niepewności, czy to, co sobie wyobrażałam, się zmaterializowało.

Analitycy

Jak wygląda proces kompletowania obsady pod kątem nie tylko dopełnienia wizji twórcy, ale od tej mniej artystycznej strony – dopasowania harmonogramów, oczekiwań finansowych?

Zarządzanie harmonogramem i finansami to kolejna – niestety – odpowiedzialność reżysera castingu. To my sprawdzamy i oceniamy dostępność aktora, analizujemy jego oczekiwania finansowe. Być może jednak w przyszłości się to zmieni i wyodrębni się osobny zawód dedykowany temu aspektowi naszej pracy, bo polski rynek wciąż dynamicznie się rozwija. Oczywiście nie mam tu na celu pomijania roli kierownika produkcji i II reżysera biurowego, ale niejednokrotnie pracujemy wcześniej przy projekcie niż II reżyser biurowy i często poznajemy możliwości finansowe projektu, z którymi zapoznajemy agentów aktorów etc.

Jak wygląda wkład agentów aktorów w proces castingu?

Musimy pamiętać, że promocja jest bardzo ważnym elementem produkcji filmowej. Agenci są ze mną w stałym kontakcie. Odpowiednio przygotowane przez nich zdjęcia i materiały promocyjne mogą stać się istotnym argumentem podczas rozmów z twórcami albo nadawcą w ramach castingu. Agent może również odpowiednio pokierować wizerunkiem aktora – zapewnić mu większą ekspozycję albo czasami wycofać go na chwilę z mediów. To, z jakim rodzajem komunikacji w prasie kojarzy się producentom dane nazwisko, też jest ważnym punktem przy podejmowaniu decyzji obsadowych.

Jakie znaczenie w kompletowaniu obsady ma aspekt finansowy?

W Hollywood, jeśli wierzyć reżyserom obsady, bywa kluczowy. Projekty potrafią latami przeleżeć na półkach, dopóki nie uda się zatrudnić rozpoznawalnego aktora, który zapewni mu finansowanie. To zależy od sposobu finansowania projektu i od tego, z myślą o jakim widzu przygotowujemy film lub serial. W wypadku prywatnego finansowania kalkulacje na temat tego, kto może być atrakcyjny pod kątem promocji danego tytułu, można przeprowadzić na bardzo wstępnym etapie prac. Śledzimy słupki popularności, prowadzimy rozmowy z agentami, PR‑owcami, specjalistami od marketingu. Wspólnie analizujemy, czy dany aktor potrzebuje obecności w mediach społecznościowych i jak to może wpłynąć na film czy serial, który chcemy z nim zrealizować.

Czy jest to potrzebne?

W niektórych wypadkach brak profilu w mediach społecznościowych może być wręcz atutem – kiedy na przykład producentowi zależy na tym, by nazwisko aktora nie kojarzyło się w żaden sposób z aspektem sprzedażowym. Jak „aktualizuje” pani bazę nazwisk? Oglądam, oglądam i jeszcze raz oglądam. Chłonę wszystko, co się da. Spektakle, dyplomy, próby czy modną ostatnio formułę self‑tape’ów, za którymi nie przepadam. Chyba nie ma w tym kraju aktora, którego bym nie znała. Mam czasami takie śmieszne sytuacje, kiedy kłaniam się jakiemuś aktorowi na ulicy, a dopiero później dociera do mnie, że przecież on mnie może znać wyłącznie z korespondencji albo rozmowy telefonicznej.

Z drugiej strony to aktorzy często odzywają się do mnie, żeby przypomnieć o swoim istnieniu. Jest też coraz więcej mądrych agentów, którzy wiedzą, że reżyserom obsady należy dostarczać nieustannie nowe materiały na temat aktorów. Jestem im za to bardzo wdzięczna, mimo że nie zawsze mogę na każdą wiadomość odpisać. Dziennie dostaję około kilkudziesięciu maili dotyczących aktorów, po tygodniu zbiera się tego ogromna ilość, nad którą nie sposób zapanować. Sprawdzam jednak wszystko regularnie, mam wyznaczone konkretne dni w pracy, kiedy siedzę przed ekranem i oglądam.

Dlaczego nie lubi pani self‑tape’ów?

Co prawda skracają one dystans i pozwalają zaprosić do castingu więcej osób spoza dużych ośrodków. Znamy też przykłady polskich aktorów, którzy dzięki tej formule otrzymali role w zagranicznych produkcjach. Problem z self‑tape’ami polega jednak na tym, że zwykle eliminują z równania reżysera castingu, który może naprowadzić aktora ubiegającego się o rolę na właściwą drogę. Pozostawiony sam z tekstem, aktor nie zawsze wie, jakie są oczekiwania w stosunku do roli, kim jest postać, w którą ma się wcielić. Dzięki self‑tape’om możemy zobaczyć więcej osób, ale czy one się dobrze zaprezentują? Mam wątpliwości. Do tego dochodzą niekiedy dość prozaiczne aspekty, takie jak nieumiejętność obsługi sprzętu – niektórzy aktorzy, zwłaszcza ci ze starszego pokolenia, po prostu nie potrafią dobrze sfilmować siebie samych. Dlatego uważam, że self‑tape jest dobrym rozwiązaniem, jeśli reżyser obsady może go wyreżyserować wspólnie z aktorem. Należy go traktować jako próbkę możliwości aktora, ale nie jako pełnoprawny materiał castingowy.

Przewodnicy

Nawiązując do pani wypowiedzi na temat aktorów, którzy czekają na swoją szansę latami, przyszła mi do głowy Rhea Seehorn, wcielająca się w prawdopodobnie najlepiej napisaną kobiecą postać we współczesnej telewizji. Zapadło mi w pamięć, jak aktorka opowiadała w podcaście „The Hollywood Reporter” o castingu do serialu Zadzwoń do Saula (AMC, 2015–). Wspominała, że budowała relację z Sharon Bialy, reżyserką obsady, na przestrzeni niemalże dekady. Przytaczała historie o niezliczonej liczbie „nieudanych” castingów, które ostatecznie doprowadziły ją do roli Kim Wexler.

Miasto 44, prod. Akson Studio, fot. Ola Grochowska

Dlatego staram się moim studentom czy młodym aktorom (ze starszymi jest trudniej rozmawiać na takie tematy) wytłumaczyć, że nie ma czegoś takiego jak przegrany casting. To spotkanie jest niezwykle wymagające i trudne dla obu stron. Zawsze jestem nim co najmniej tak samo spięta i zdenerwowana jak aktor – w końcu to ja przedstawiam producentom efekt tego, na co się umówiłam ze scenarzystą i reżyserem. Odpowiadam za wizję, jaką nakreśliłam na wczesnym etapie prac podczas rozmów, i jestem z niej rozliczana. Kiedy jest poprowadzony w odpowiedni sposób, casting staje się dla aktora pretekstem do sięgnięcia głębiej, wydobycia na wierzch nowych narzędzi, nieznanych wcześniej emocji. Tylko w nielicznych momentach aktor scala się z opowiadaną historią. Takie zespolenie to rodzaj święta. Nie tylko dla mnie. Również dla aktora i wszystkich zaangażowanych w proces castingu. To są spotkania, dzięki którym aktor może poczuć, że jest wciąż zdolny do kreacji. Pod tym względem casting może być formą rozwoju zawodowego. Niezależnie od efektu aktor nigdy nie jest w takiej sytuacji przegrany, bo zostaje w mojej głowie. Odbyliśmy razem wspólną podróż, która się nie kończy. Będziemy razem wspólnie szukać nowych możliwości przy kolejnych projektach.

Jak wygląda droga do zawodu reżysera obsady? Jakimi cechami powinna wyróżniać się osoba, która rozważa obranie takiej ścieżki kariery?

Nie ma studiów, które przygotowywałyby do zawodu reżysera obsady. To jest zawód, który się ukształtował w wyniku zapotrzebowania rynku w ciągu ostatnich 30 lat. Mnóstwo moich starszych kolegów po fachu przez lata pracowało jako asystenci reżysera albo II reżyserzy. Każdy przebył inną drogę. Większość z nas zaczynała, asystując na planach, ucząc się warsztatu aktorów. Niektórzy wywodzą się z tradycyjnej reżyserii. Sama zaczynałam od pracy z amatorami, a później dziećmi na planach filmowych. Po drodze pojawiła się II reżyseria i poznanie zawodu od kuchni. Wspólnie z Adamem Nawojczykiem i Dorotą Segdą opracowaliśmy na Akademii Teatralnej w Krakowie przedmiot poświęcony castingowi, stworzony z myślą o studentach aktorstwa. Widzimy już, że nasze założenia były słuszne i dzięki zajęciom wiedza studentów na temat castingu się pogłębia i są do nich lepiej przygotowani, kiedy kończą szkołę. Podobne przedmioty wprowadzają kolejne uczelnie aktorskie w Polsce.

Jak wygląda stan wiedzy na temat reżyserów castingu w Polsce? Reżyserzy obsady znajdują się wciąż na liście zawodów filmowych, które nie mają prawa do tantiem (należą do nich między innymi charakteryzatorzy, kierownicy produkcji, II reżyserzy czy kaskaderzy). Kilka lat temu głośna była sprawa Ewy Brodzkiej, która próbowała na przykładzie swojej pracy przy serialu Czas honoru (TVP, 2008–2014) udowodnić, że reżyser obsady to twórczy zawód. Wtedy się nie udało, ale od tamtej pory coraz więcej mówi się o uporządkowaniu sytuacji prawnej waszego zawodu.

Świadomość na temat reżyserów obsady w Polsce rośnie, choć nadal są osoby traktujące nasz zawód z dystansem. Jesteśmy coraz lepiej zorganizowani, określamy jasno nasze potrzeby. Powołaliśmy już gildię zawodową, staramy się zaistnieć na liście zawodów filmowych. To czas ogromnych zmian i wyzwań dla nas – trudny, bo musimy przedzierać się przez zawiłości systemu, ale jednocześnie piękny. Mam wrażenie, że jesteśmy świadkami tworzenia się nowej rzeczywistości, która za kilka lat będzie już w świecie filmowym normą. Zapisujemy się na kartach historii. Jeśli pyta pani, czy czuję się twórcą – nie wiem. W wypadku niektórych projektów – na pewno. W innych nie jestem wcale pewna, czy moja praca była szczególnie twórcza.

Wyobrażam sobie, że to samo mógłby powiedzieć montażysta lub operator. A jednak są to zawody nagradzane, powszechnie uznawane za kreatywne.

To prawda. Wydaje mi się, że podobne uczucia mogą towarzyszyć niejednokrotnie również scenografom, nawet reżyserom, a nikt nie kwestionuje ich wkładu twórczego w film. Świat serialowo‑filmowy rozwija się na tyle dynamicznie, że specjaliści z dziedziny reżyserii obsady stali się niezbędni. Nie ma szans, aby reżyser zajmował się tym samodzielnie, jeśli chce pracować w tym trybie. Nie twierdzę, że bez nas nie powstanie film czy serial. Nasza praca zawiera się w przeprowadzeniu aktora przez spotkanie z postacią, a potem reżyserem. Jesteśmy kimś w rodzaju przewodnika. Mój zawód funkcjonuje dzięki
aktorom, a nie odwrotnie.

Jakie praktyki chciałaby pani wprowadzić do reżyserii obsady?

Wydaje mi się, że dobrym pomysłem byłoby udzielanie feedbacku aktorom po „nieudanym” castingu – zwrócenie uwagi na to, jak to spotkanie może zaprocentować w przyszłości, jakie wrażenie zrobił na reżyserze obsady występ aktora. Podoba mi się również idea łączenia reżyserów obsady w zespoły projektowe. Dzieje się to często przy tytułach zagranicznych. Sama brałam kiedyś udział w projekcie z niemieckimi reżyserami obsady, w którym główna bohaterka była Polką. Reżyserki obsady z dużo większym dorobkiem polegały na mojej wiedzy i było to dla nich zupełnie naturalne. Bardzo dużo się wtedy nauczyłam. Mam nadzieję, że wkrótce uda się podobne praktyki wprowadzić także w Polsce.

Pani praca przenika również do życia prywatnego? Może pani w spokoju obejrzeć film albo przeczytać książkę, czy od razu wyobraża sobie pani konkretne nazwiska, tytuły?

Nie ma szans. Nieustannie mam przed oczami aktorskie twarze albo zastanawiam się nad ich potencjałem i możliwościami. Kiedyś myślałam, że to jest niezdrowe, że nie potrafię inaczej patrzeć na świat. Dzisiaj zaakceptowałam, że to jest część mnie, i nie chcę tego zmieniać. Nieustannie obserwuję ludzi, ciągle uczę się aktorów i uwielbiam momenty zaskoczenia, jakie wciąż mi się w tym zawodzie zdarzają. Może jestem idealistką, ale dla tych ciarek, jakie czujemy w niektórych momentach podczas spotkań z aktorem, warto wykonywać ten zawód.

Nadia Lebik fot. archiwum prywatne

Nadia Lebik

Pracowała jako reżyserka castingu i II reżyserka filmów Miasto 44 (2014) Jana Komasy, Bez wstydu (2012) Filipa Marczewskiego, Krew Boga (2018) Bartosza Konopki, Wszyscy moi przyjaciele nie żyją (2020) Jana Belcla. Ponadto odpowiadała za reżyserię obsady trzech części Planety Singli (2016–2019), serialowego cyklu Planeta Singli. Osiem historii (2021), Juliusza (2018) Aleksandra Pietrzaka, Ukrytej gry (2019) Łukasza Kośmickiego, Psów 3: W imię zasad (2020) Władysława Pasikowskiego, seriali W głębi lasu (2020) i Klangor (2021).

Komentuj