Zło nie istnieje

Chwalenie reżysera za „twórczą odwagę” to przeważnie recenzencka klisza, gładką frazą przykrywająca kabotyńską dezynwolturę czy wykalkulowaną prowokację twórcy. Istnieją jednak przypadki, w których jest ona uzasadniona, a robienie filmów wymaga prawdziwej – a nie tylko „artystycznej” – odwagi. Reprezentują ją niepokorni filmowcy z Iranu, ryzykujący swoimi podstawowymi swobodami obywatelskimi – prawem wypowiedzi, możliwością podróżowania, a nawet fizyczną wolnością. Normą są dla nich utrudnienia w realizacji kolejnych dzieł oraz zakazy wyświetlania tych, które już udało się stworzyć – z tego powodu z kraju wyjechali nękani przez służby państwowe Mohsen Makhmalbaf i Bahman Ghobadi, a z aresztem domowym i zakazami podróży mierzy się ciągle Jafar Panahi.

Do tego grona należy także Mohammad Rasoulof, który filmem Zło nie istnieje po raz kolejny potwierdził, że jest reżyserem prawdziwie nieustraszonym. Skazywany już kilkukrotnie na więzienie (póki co odroczone z powodu szalejącej w Iranie pandemii koronawirusa, w czasie której zwolniono większość osadzonych) i mający zakaz realizacji filmów oraz opuszczania kraju, Irańczyk swoimi dokonaniami buduje systematyczny i bezlitosny akt oskarżenia przeciw rządzącemu współczesną Persją reżimowi. Początki jego kariery nie zdradzały aż tak bezkompromisowego podejścia. Pomijając półamatorską pełnometrażową wprawkę Zmierzch z 2002 roku, kierował się on raczej ku satyrze, jaką jest opowiadająca o rządzonych twardą ręką mieszkańcach opuszczonego tankowca Żelazna wyspa (2005), polityczne treści przemycająca co najwyżej na poziomie podtekstu i metafory; a także ku etnograficznej symbolice, którą przepełnione były rozgrywające się wśród zjawiskowych wysepek słonego jeziora Urmia Białe łąki (2009), sprawiające wrażenie oderwanych od współczesnego świata.

W ostatniej dekadzie Rasoulof zmienił jednak swój styl, rozwijając znacznie bardziej bezpośrednią w środkach wyrazu i treści formułę społecznego realizmu, w którym nie ma miejsca na niedomówienia czy subtelną symbolikę. Od tej pory już bez ogródek pokazywał najcięższe przewinienia irańskiej władzy – ograniczanie praw kobiet oraz swobody podróżowania (Pożegnanie, 2011), dokonywane w latach 90. zabójstwa polityczne intelektualistów (Rękopisy nie płoną, 2013) oraz przetrącający kręgosłupy moralne system korupcji i ucisku (Uczciwy człowiek, 2017). To te filmy – oczywiście zakazane w Iranie – przyniosły mu kolejne wyroki sądowe i restrykcje w pracy.

Nic dziwnego, że najnowsze dzieło zrealizował nielegalnie, kręcąc potajemnie w odosobnionych miejscach bądź zasłaniając się wystawionymi na nazwiska swoich asystentów pozwoleniami – niezależnie od nałożonego zakazu pracy twórczej żaden cenzor nie wyraziłby zgody na ten scenariusz.

Zło nie istnieje dotyczy bowiem kary śmierci. „Zapłatą dla tych, którzy zwalczają Boga i Jego Posłańca i starają się szerzyć zepsucie na ziemi, będzie tylko to, iż będą oni zabici lub ukrzyżowani albo też obetnie im się rękę i nogę naprzemianległe, albo też zostaną wypędzeni z kraju” – głosi Koran (sura 5, wers 33), a oparta na religijnym prawie szariatu legislacja Iranu stara się wypełnić boskie przykazanie. Śmierć przez powieszenie (a czasem także rozstrzelanie lub ukamienowanie) czeka przy tym nie tylko morderców czy sprawców innych brutalnych zbrodni, lecz również tych, którzy dopuścili się zdrady małżeńskiej, stosunków homoseksualnych bądź apostazji. Około 80% skazańców trafia na stryczek za przestępstwa narkotykowe, a wyroki wydawane są też na nieletnich. Zdarza się, że egzekucje odbywają się publicznie, przeważnie w miejscu, w którym dokonano poddawanej karze zbrodni. Potwierdzona liczba egzekucji waha się między 300 a 700 przypadkami rocznie, ale wiadomo, że w rzeczywistości jest ich znacznie więcej. W żadnym innym kraju tak duży odsetek ludności nie jest zabijany w świetle prawa przez własny aparat państwowy.

Przy tak wymownych danych Rasoulof łatwo mógłby zrealizować wstrząsający, epatujący zrozumiałym oburzeniem filmowy protest, piętnujący zbrodnie systemu, ukazujący niehumanitarność procedur i anachroniczność religijnego prawa czy wskazujący pomyłki wymiaru sprawiedliwości. Zamiast jednak walić młotem, irański reżyser używa swojego pióra oraz kamery niczym skalpela. Zamiast na ofiarach masowych egzekucji, ich prawach, doświadczeniach i sytuacji, skupia się na tych, którzy życie im odbierają. Przypomina, że to nie przepisy, system czy sędziowie zabijają skazańców – ktoś przecież musi wykonać wyrok. Modyfikuje on więc powtarzające się w przypadku kary śmierci pytanie moralne o to, czy państwo może odebrać drugiemu człowiekowi życie – zamiast tego pyta, czy państwo może nakazać człowiekowi odebranie życia innej osobie.

Pytanie to rozpisane zostało na cztery etiudy, z których każda pokazuje historię innego „kata” – tego zawodowego, wiodącego zwykłe życie rodzinne i wyrok wykonującego rutynowo, bez większych emocji (w tytułowym epizodzie); odbywających obowiązkową, wyjątkowo trudną w Iranie służbę wojskową młodych żołnierzy, przymuszonych do przeprowadzenia egzekucji na mocy rozkazów (segmenty Powiedziała „Dasz radę” oraz Urodziny); a także żyjącego na uboczu człowieka w średnim wieku, który postawiony przed laty w podobnej sytuacji odmówił wykonania polecenia (Pocałuj mnie). Stanowią oni cztery warianty podobnego dylematu, prezentując jednak różne postawy skonfrontowanych z nimi ludzi – od pozbawionego refleksji uczestnictwa w procederze po gwałtowny sprzeciw. „Nie chcę przelewać krwi, ale jeśli będę musiał, prędzej zabiję osobę zmuszającą mnie do wykonania egzekucji” – mówi zrozpaczony Pouya, młody rekrut, dla którego odmowa wykonania rozkazu będzie oznaczała również niemożność uzyskania paszportu, prawa jazdy, wykształcenia, a nawet legalnej pracy. Z tymi właśnie konsekwencjami mierzy się w ostatniej noweli starszy o dwie dekady Bahram, który – jak się okaże w finale – za cenę moralnej nieustępliwości utracił nie tylko szansę na rozwój zawodowy, ale i część rodziny.

Składające się na film nowele, połączone wspólną tematyką oraz strategią narracyjną (wszystkie cztery mikroopowieści rozgrywają się w krótkim czasie – od kilkudziesięciu minut do dwóch dni – i wyraźnie dążą do mocnej puenty, komplikującej fabularną sytuację i naszą ocenę wydarzeń), pokazują jednocześnie zakres stylistycznych możliwości Rasoulofa. Choć w pierwszej z nich kontynuuje on model kina wypracowany w poprzednich filmach, oparty na statycznych kadrach, długich dialogach i przygaszonej tonacji barwnej, odpowiedniej dla miejskiego entourage’u, to w kolejnych rozwija skrzydła, wprowadzając długie jazdy prowadzonej z ręki kamery wiodące nas za Pouyą po klaustrofobicznych przestrzeniach wojskowego kompleksu czy eksponując piękno wiejskiego krajobrazu, wypełniające najbardziej zmysłowy i barwny epizod Urodziny.

Filmem Zło nie istnieje irański reżyser wzbił się na nowy poziom nie tylko pod względem możliwości reżyserskich, lecz także pozycji międzynarodowej. Już wcześniej podbił canneńską sekcję poboczną Un Certain Regard, zdobywając wszystkie kluczowe nagrody (kolejno: reżyserską za Pożegnanie, FIPRESCI za Rękopisy nie płoną i główną za Uczciwego człowieka), teraz zaś za sprawą Złotego Niedźwiedzia otrzymał przepustkę do arthouse’owej pierwszej ligi. Berlinale po raz kolejny potwierdziło status imprezy, która nie tylko docenia irańską kinematografię (to trzeci Złoty Niedźwiedź dla tego kraju w ostatniej dekadzie – po Rozstaniu Asghara Farhadiego z 2011 roku i późniejszym o cztery lata Taxi Teheran Jafara Panahiego), ale też swoimi decyzjami zwraca uwagę na polityczne zaangażowanie tamtejszych filmowców – w podobnej sytuacji ograniczenia wolności znajdował się wspomniany już Panahi, notabene współpracownik Rasoulofa i montażysta Białej łąki. Po raz pierwszy zostali oni zresztą aresztowani razem w 2010 roku, a powodem była realizacja zdjęć bez odpowiedniego zezwolenia. I tak jak starszy kolega w 2015 roku, tak teraz twórca Zło nie istnieje nie mógł przyjechać do Berlina – na konferencji prasowej jego fotel pozostawał ostentacyjnie pusty, zaś nagrodę odebrała mieszkająca na co dzień w Niemczech córka i aktorka reżysera – Baran Rasoulof.

Czy „antyrządowa propaganda” (jak głosi najnowszy, wydany już trzy dni po berlińskim triumfie wyrok irańskiego sądu) Rasoulofa odniesie jakiś skutek? Innymi słowy, czy kino jest w stanie zmienić rzeczywistość? Krótki film o zabijaniu (1987) Kieślowskiego wyraźnie podgrzał temperaturę sporów o karę śmierci w Polsce – karę, której wykonywanie zawieszono zaledwie kilka miesięcy po premierze filmu.

Współczesny Iran ajatollahów to nie schyłkowy PRL, być może jednak kropla drąży skałę – jak mówi jedna z postaci w Zło nie istnieje, „jedyną siłą, jaką mają obywatele w obliczu tyranii, jest możliwość powiedzenia »nie«”. Możliwość, z której korzystają nie tylko bohaterowie Rasoulofa, ale przede wszystkim on sam.

Z drugiej strony nie ma sensu oceniać nagrodzonego Złotym Niedźwiedziem filmu wyłącznie pod kątem jego znaczenia politycznego. Rasoulof jest nie tylko aktywistą, ale przede wszystkim artystą, a każde udane dzieło sztuki – a takim bez wątpienia jest Zło nie istnieje – musi wykraczać poza doraźne funkcje. Jak twierdził w autobiograficznej książce O sobie przywołany wyżej Kieślowski, komentujący swój głośny obraz: „Myślę, że ten film właściwie nie jest o karze śmierci, ale o zabijaniu w ogóle. O zabijaniu, które jest złem, wszystko jedno, dlaczego się zabija, wszystko jedno kogo i wszystko jedno, kto zabija”. Tę samą moralną intuicję, zakorzenioną w głębokim sprzeciwie wobec aktu pozbawienia drugiego człowieka życia, niezależnie od okoliczności prawnych czy kulturowych, wyraża swoim filmem Rasoulof. Mam więc nadzieję, że to dzieło oraz jego przesłanie okażą się znacznie trwalsze niż reżim, w który są wymierzone.

 

Zło nie istnieje

Sheytan vojud nadarad

reż. i scen. Mohammad Rasoulof, zdj. Ashkan Ashkani, muz. Amir Molookpour, prod. Mohammad Rasoulof, Kaveh Farnam, wyst. Ehsan Mirhosseini, Shaghayegh Shourian, Kaveh Ahangar, Alireza Zareparast, Salar Khamseh