Chłopcy z paczki

Chłopcy z paczki to swoiste kino dziedzictwa – dumne odkrywanie przed nowym pokoleniem queerowego DNA oraz ilustracja wielkomiejskiego życia codziennego gejów końca lat 60. Świeże spojrzenie na sztukę Crawleya polega więc na wiernym jej zaprezentowaniu, nie sprowadzającym się jednak tylko do estetyki retro. Ryan Murphy wraz z reżyserem Johnem Mantello przede wszystkim zdają się pytać: jak zmienił się świat, co udało się osiągnąć, a co wciąż jest do zrobienia?

Kilkanaście miesięcy przed buntem Stonewall z czerwca 1969 roku – symbolicznym początkiem ruchu na rzecz praw osób LGBT+ – na off-Broadwayu zadebiutowała sztuka Marta Crawleya, Chłopcy z paczki. Przez dwa i pół roku zagrano ją tysiąc razy, a nim zdążyła zejść z afisza, w niektórych kinach wyświetlano już jej ekranizację (1970, W. Friedkin) z tą samą sceniczną obsadą. Zobrazowanie homoseksualistów w przedstawieniu było prekursorskie zarówno w swojej jawności (w kontrze do zawoalowanego homoerotyzmu sztuk Tennessee’ego Williamsa), jak i różnorodności reprezentacji ich życia uczuciowego.

Chłopcy byli jednocześnie wyjściem z szafy i zaproszeniem do jej wnętrza.

Ten kluczowy dla nowojorskiej kultury gejowskiej tekst dopiero 50 lat później, w 2018 roku, pokazano szerszej broadwayowskiej widowni, i tak jak oryginalny spektakl, rychło przeniesiono go na ekran (najbardziej mainstreamowy z możliwych – Netflixa), również bez zmian obsadowych.

Ta eskalacja obecności w popkulturze utworu niegdyś łamiącego społeczne tabu wynika nie tylko z ogólnych przemian pejzażu kulturowego, lecz także z głębokiego zaangażowania Ryana Murphy’ego, odpowiadającego za produkcję nowej wersji scenicznej i jej filmowej adaptacji. Murphy, który od ponad dekady z powodzeniem queeruje mainstreamową telewizję (Glee [Fox, 2009–2015], Pose [FX, 2018–]), dba nie tylko o reprezentację (po obu stronach ekranu) osób ucieleśniających wszystkie litery akronimu LGBT+, lecz także o dokumentację historii tej społeczności. Chłopcy z paczki to właśnie swoiste kino dziedzictwa – dumne odkrywanie przed nowym pokoleniem queerowego DNA oraz ilustracja wielkomiejskiego życia codziennego gejów końca lat 60. Świeże spojrzenie na sztukę Crawleya polega więc na wiernym jej zaprezentowaniu, nie sprowadzającym się jednak tylko do estetyki retro. Murphy wraz z reżyserem Johnem Mantello przede wszystkim zdają się pytać: jak zmienił się świat, co udało się osiągnąć, a co wciąż jest do zrobienia?

Film nie ukrywa swojego teatralnego rodowodu: zachowuje jedność miejsca, czasu i akcji oraz kwieciste monologi, pozwala także każdemu z dziewięciu bohaterów choć na chwile zagrać pierwsze skrzypce. Na pierwszy plan wysuwa się jednak Michael (Jim Parsons) organizujący u siebie przyjęcie urodzinowe dla przyjaciela. Zanim zjawi się spóźniony jubilat, do nowojorskiego mieszkania przybędzie pięciu innych chłopaków „z tej samej drużyny”, pracownik seksualny oraz niespodziewany gość, dawny współlokator gospodarza – sztywny i pełen uprzedzeń żonaty mężczyzna, którego Michael podejrzewa o skrywany homoseksualizm. Wraz z jego wizytą w organizatorze urodzin odżywają pokłady autohomofobii, zaś napięcie między pozostałymi gośćmi stale się podnosi.

Chociaż pierwszy akt filmu ma dość lekki ton i opiera się na dowcipnych, ironicznych wymianach zdań, to dalszą część wieczoru zdominuje sadomasochistyczna gra, w którą rozchwiany emocjonalnie Michael wciąga pozostałych. Pod tym względem Chłopcy z paczki przypominają inną słynną sztukę, Kto się boi Virginii Woolf? (1962) Edwarda Albee’ego (pomagającego zresztą wystawić w 1968 roku oryginalnych Chłopców), w której pijani gospodarze zmuszali zaproszoną parę do wyjścia ze strefy komfortu i bolesnych, intymnych wyznań. Postawa Michaela, najsilniej skonfliktowanego wewnętrznie jako geja i katolika, ujawnia główne przesłanie tekstu Crawleya – toksyczność i autodestrukcyjność braku samoakceptacji.

Na tej gorzkiej refleksji, dalekiej od katharsis, opierała się jednak recepcja Chłopców – wstyd i strach w kolejnych latach walki o prawa były przekuwane w zbiorową dumę (pride) prowadzącą do współczesnej Ameryki. To właśnie tu wszystkie role mogą grać wyoutowani, niekiedy zamężni geje bez obawy o artystyczną reputację.

Ten pozytywny wymiar filmu zaczyna się jednak rozmywać gdy spojrzymy nań z perspektywy widza z Europy Środkowo-Wschodniej. Wówczas oprócz kostiumów, historia ta wcale nie wydaje się retro – jest boleśnie współczesna. Albowiem w kraju, w którym rządzący cynicznie nazywają się tolerancyjnymi, jednocześnie podsycając systemową homofobię, sobą można być tylko we własnych czterech ścianach, tak, by nie urazić nikogo swoją dumą. Grany przez Parsonsa Michael jest więc figurą nader aktualną, a konserwatywne i religijne konwenanse nie pozwalają mu wyzbyć się autohomofobii i próbują ponownie zapędzić do szafy. Chłopcy wersami sprzed 50 lat zdają się przekazywać tę samą wiadomość, co słynna drag queen, RuPaul, zwracając się na końcu każdego odcinka do uczestniczek swojego talent show słowami: „Jeżeli nie kochasz siebie, to jak, do diabła, masz pokochać kogoś innego?”

 

Chłopcy z paczki

The Boys in the Band

USA, 2020, 121’

reż. John Mantello, scen. Mart Crawley, Ned Martel, zdj. Bill Pope, prod. Ryan Murphy Productions, wyst. Jim Parsons, Zachary Quinto, Matt Bomer, Andrew Rannells, Robin de Jesús, Brian Hutchison, Michael B. Washington, Tuc Watkins, Charlie Carver