Sny o słoniach
W drugiej scenie Snów o słoniach biały mężczyzna w kapeluszu khaki obserwuje wypchanego słonia w Muzeum Historii Naturalnej w Waszyngtonie. Na postumencie przybita jest tabliczka: „Słonie znajdują się w niebezpieczeństwie – wiele zależy od twoich wyborów”. Pełną patosu ciszę przerywa narracja z offu Wernera Herzoga. Z niepodrabialnym bawarskim akcentem przedstawia widzom muzealny eksponat: jest nim Henry, największy słoń, jaki kiedykolwiek został przez człowieka zauważony – i upolowany.Spojrzenie wiąże się z przemocą – wyjątkowy okaz został zatrzymany w czasie przez myśliwego, a następnie taksydermistę pracującego dla Smithsonian Institution. Określany jest zresztą jako słoń Fényköviego – od nazwiska swojego pogromcy. Ta wczesna scena dobrze oddaje ambiwalencję nowego dokumentu Herzoga, który wyraża troskę o zanik bioróżnorodności, a jednocześnie fascynuje go głównie człowiek.
Romantyczny antropolog pochyla się nad kwestiami ekologii niemal w trosce o losy ludzkości – ale to może jedyny sposób, żebyśmy zwrócili uwagę na nie-ludzi? Jeśli tak, Herzog zaprzęga cały repertuar swoich środków i idiosynkrazji, żeby w Angoli znaleźć dowód na istnienie słoni-duchów.
Główny bohater dokumentu to Steve Boyes, podróżnik i antropolog, ale przede wszystkim archetypiczna herzogowska postać. Niczym Briana Fitzgeralda (Fitzcarraldo [1982]), Dietera Denglera (Mały Dieter chciałby latać [1997]) czy Timothy’ego Treadwella (Grizzly Man [2005]) protagonistę Snów o słoniach napędza idée fixe. Jego życiowym celem jest zobaczenie legendarnych słoni-duchów. Nie ma prawie żadnych dowodów, że one istnieją, co więcej – im głębiej zanurza się w poszukiwania, tym bardziej ma nadzieję, że ich nie znajdzie. Dzięki temu nie będzie musiał wybudzać się ze snu. Jego działania przypominają delirium, jest zagubiony – inaczej niż, jak sugeruje dokument, rdzenni mieszkańcy Afryki, którzy stają się jego przewodnikami.
Herzog łączy w filmie ujęcie magiczne z naukowym. Film w znacznej części ma wymiar antropologiczny. Wyjaśnia plemienne podziały, role we wspólnocie Buszmenów w Namibii, sposoby pozyskiwania przez nich trucizny czy metody łączenia się z duchami słoni. Bardzo drobiazgowo przedstawia ostatnią ekspedycję Boyesa, a także działanie różnych instytucji naukowych. Jednocześnie Herzog wielokrotnie przywołuje legendy o relacji słoni i ludzi, pokazuje rytuały i szuka dla tej alternatywnej logiki odpowiednich środków wyrazu. Wykorzystuje w tym celu różne ujęcia, które mają nadać rzeczywistości poetycki cudzysłów, ale też zwodzić (uwodzić?) wzrok widzów. Przebitki z figurami rozmytymi przez drżące od upału powietrze czy zdjęcia podwodne, które ukazują fragmenty słoniowych sylwetek, tworzą poczucie widmowości lub surrealizmu. Granica między jawą a snem zaciera się tym bardziej, im bliżej spełnienia swojego marzenia jest Boyes. W filmie pojawia się nawet sekwencja ujęć, która przypomina czas snu (który Herzog próbował opowiedzieć już w australijskim Tam, gdzie śnią zielone mrówki [1984]). Jest to jednak czas z demonami – niczym ostateczna próba, zanim uda się dojrzeć duchy. Albo jakby podświadomość podpowiadała, że może Boyesowi nie tak daleko od Fényköviego, który z ludzkiej pychy zamienił sen w truchło.
Ekologiczne podejście Herzoga czasem mieści się w nurcie jego fascynacji, czasem tym fascynacjom musi ustąpić. Stąd też nie tylko przekaz ekologiczny, lecz sama narracja filmu jest w dość niezborny sposób rozproszona, a kojarzona z jego filmami estetyka wzniosłości wypada banalnie (przykładowo zdjęcia z drona przypominają materiały turystyczne). Ale jak na mistyka nowego kina niemieckiego przystało, czasami z tych pęknięć rodzi się coś fascynującego. Wspomniana wcześniej sekwencja obcowania z demonami to równocześnie segment, w którym narracja się rozgałęzia, uwzględniając żuka gnojowego czy pająka, a zatem i osłabiając antropocentryzm.
Wprawdzie ciekawie wypadają różne wątki z historii relacji ludzi i zwierząt, jak wspomnienie o zabijaniu bizonów przez pionierów czy pozowaniu myśliwych z trofeami, lecz nie czuję w tym filmie głębszej świadomości mechanizmów eksploatacji zwierząt. Herzog wykorzystuje fragment polowania na słonie z Africa addio (1966, G. Jacopetti, F.E. Prosperi) i cieszy się, że czasy barbarzyństwa minęły. Później wmontowuje do filmu zdjęcia pozującego Fényköviego i krytykuje wyścigi łowców na bicie rekordów. Za chwilę jednak robi miejsce dla Boyesa ekscytującego się długością kłów Henry’ego lub wagą jego skóry. Oczywiście narrator nie musi być Herzogiem, a Herzog nie musi lubić w pełni swojego bohatera, ale brakuje wyraźnego powiązania tej odkrywczej obsesji z realnym zagrożeniem dla bioróżnorodności.
Nawet jeśli logika łącząca Boyesa i wymieranie gatunków może być dyskusyjna, to zadziwiające w dokumencie jest bezkrytyczne podejście do muzeów historii naturalnej działających przy różnych instytutach naukowych. Narrator wyraża zachwyt wejściem tam, gdzie zwykle zwiedzający nie mają dostępu, fascynuje go wizualny splendor szkieletów, wypchane ptaki nazywa mumiami, swym zachwytem zamienia magazyny we współczesne relikwiarze. W środku filmu pojawia się długa panorama pola porozrzucanych zwierzęcych kości – widzę w tym bezpośrednie połączenie z obserwowaną przez Herzoga pracą Smithsonian. On jednak wierzy w przywilej światłych ludzi i nie kwestionuje faktu, że to właśnie ten Instytut opłacał ekspedycje i zamawiał eksponaty do swoich zbiorów. W takim kontekście „wyrzeźbiony” w efektownym ruchu Henry nie tyle został unieśmiertelniony, ile uśmiercany jest na nowo z każdym spojrzeniem.
Recenzja powstała przy współpracy z Festiwalem Millenium Docs Against Gravity 2026 [8–17.05 (kina), 19.05–1.06 2026 (online)]
Sprawdź seanse Snów o słoniach
Przejrzyj program
Sny o słoniach
Ghost Elephants
USA 2025, 98’
reż. i scen. Werner Herzog, zdj. Eric Averdung, Roger Horrocks, Rafael Leyva, muz. Ernst Reijseger, prod. Sobey Road Entertainment
Komentuj




