Sirât

Nad bezkresem czerwonego piachu górują kilkunastometrowe piramidy zakurzonych głośników. Z labiryntu sprzętu i plątaniny kabli wyłaniają się kolejne ręce, w końcu ktoś wpina do gniazda ostatni przewód, a w ziemię z całej siły uderza grom maszynowego bitu. Teraz kamera zabiera nas w sam środek imprezy: spaleni słońcem wagabundy bujają się pod dyktando muzyki, a ich zlepione w anonimową masę ciała zaczynają pulsować od jednostajnych uderzeń basu. Hipnotyczne dzieło Olivera Laxe’a to najgorętszy rave sezonu i zarazem madmaxowa przejażdżka wzdłuż krainy zbolałych i pragnących odpoczynku dusz. Od takiego kina pękają bębenki, z ciała ulatuje świadomość, a nogi same rwą się do rytualnego tańca oczyszczenia.

Z kilkuminutowego muzycznego transu Sirâtu wytrącają nas postacie, które już na pierwszy rzut oka nie pasują do bawiącego się tłumu. Ten starszy, z troską wymalowaną na twarzy, to Luis, towarzyszący mu młodziak – jego syn Esteban, a merdająca ogonem wierna przyjaciółka – suczka o imieniu Pipa. Trójka tułaczy od miesięcy wytrwale, lecz bezskutecznie poszukuje Mar – zaginionej córki i siostry, której ślad zaprowadził bohaterów w samo serce saharyjskiego pustkowia. Rozdając nieznajomym fotografie dziewczyny, natrafiają na patchworkową rodzinę poszukiwaczy wrażeń i dobrego techno. Jade, Josh, Bigui, Steff i Tonin sugerują Luisowi i Estebanowi, by kontynuowali śledztwo na drugim ravie, który ma się odbyć dalej w głąb gór Atlas. Niespodziewanie przyjeżdża wojsko z wieścią o początku trzeciej wojny światowej. Zamiast jednak dać się spokojnie odeskortować do cywilizacji, Luis i Esteban wciskają gaz do dechy, wyruszając swoim zajechanym citroënem w daleką i niebezpieczną podróż.

Zwycięzca Nagrody Jury tegorocznego festiwalu w Cannes mógł być kolejnym prowadzącym donikąd kontemplacyjnym kinem drogi lub wtórnym względem Mad Maxa postapokaliptycznym sci-fi, ale wizja Laxe’a i współpracującego z nim od lat scenarzysty Santiago Fillola sięga znacznie głębiej – aż do proroczych hadisów oraz islamskiej symboliki piekła i nieba. Plansza informująca o symbolice tytułu – cieńszego niż włos i ostrzejszego od najostrzejszego miecza mostu prowadzącego do raju – pojawia się na ekranie tuż przed rozpoczęciem filmu. Choć wydawałoby się, że twórcy narzucają nam konkretną ścieżkę interpretacyjną, w trakcie wybuchowej przeprawy przez marokańską pustynię okazuje się, że odczytań Sirât jest tyle, ile ziarenek piasku zamkniętych w kadrze.

To kino eschatologiczne, eksplorujące dualizm życia i śmierci, grze­chu pierworodnego i godnych zbawienia czynów, w którym urodzony we Francji Galicyjczyk rozważa, co właściwie świadczy o tym, że człowiek jest dobry lub zły.

Z jednej strony Laxe daleki jest od wiary w manichejskie podziały, z drugiej – posługuje się silnie religijną symboli­ką: każe bohaterom kroczyć przez mityczny most rozpięty nad czeluścią piekieł, a Luisa, ucieleśnienie cierpliwości i wytrwałości w cierpieniu, kreuje na wzór proroka Ajuba. Nie osadza nas to jednak w zamkniętym systemie wartości. Sirât funkcjonuje jako uniwersalna opowieść o potrzebie wspólnotowości i samotnym konfrontowaniu się z włas­nymi lękami oraz błędami przeszłości. W objęciach bandy wytatuowanych, spalonych słońcem włóczęgów ojciec i syn nieoczekiwanie odnajdują bezpieczne schronienie. Do kolizji tych dwóch rozbieżnych światów mogło dojść tylko w warun­kach nadzwyczajnych, dlatego mozolna przeprawa bohaterów przez pustynne bezdroża nasycona jest w filmie ogromnym dramaturgicznym napięciem. Niepewność postaci, rodzi­cielska rozpacz czy płynące z głośników totalne poczucie wolności – wszystkie te niekoniecznie przystające do siebie emocje widz mimowolnie absorbuje podczas seansu, niejed­nokrotnie kwestionując przy tym własną wytrzymałość oraz kodeks etyczny scenarzystów.

Twórcy bez skrupułów umieszczają bohaterów w sytua­cjach granicznych, zastanawiając się, co dzieje się z człowie­kiem, gdy ten nie ma już w życiu niczego do stracenia.

Sirât gwarantuje ekstremalne doznania, wyczerpuje sensorycznie i zmusza siedzącą przed ekranem publiczność do porzucenia strefy komfortu, ale także wszelkiej nadziei.

W technoczyśćcu, gdzie wszelkie problemy przestają mieć znaczenie, nie można zostać na zawsze – przypomina o tym chociażby sam tytuł i związane z nim widmo rytuału przejścia. Według Laxe’a droga do katharsis jest wyboista, ale możliwa do pokonania; by przetrwać, nie wystarczą jednak okruchy wiary, a pewność absolutna. Dlatego brutalny i duszny Sirât to nie kino dla niedowiarków. Jest po prostu taki jak dobry rave – dzierży w sobie obosieczną moc duchowej synergii i dysocjacji.

 

Sirât

Hiszpania, Francja 2025, 120’

reż. Oliver Laxe, scen. Oliver Laxe, Santiago Fillol, zdj. Mauro Herce, muz. Kangding Ray, prod. A Movistar Plus+ Original, Filmes da Ermida, El Deseo, Uri Films, 4A4 Productions, wyst. Sergi López, Jade Oukid, Bruno Núñez, Stefania Gadda, Tonin Janvier, Richard Bellamy, Joshua L. Henderson

Komentuj