Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma
Najnowszy film Jane Schoenbrun to kino inicjacyjne uświadamiające, że nigdy nie jest za późno na odkrywanie siebie – potrzebna jest jedynie szczypta fantazji. Wizualna wyobraźnia amerykańskiego reżyserza stoi w kontrze wobec lęku Hollywoodu przed kontrowersją i oryginalnością. Schoenbrun z dezynwolturą kreuje ekscentryczny świat pełen tekturowych scenografii i oldschoolowych rekwizytów.W Polsce film został przedpremierowo pokazany na Octopus Film Festival (11-16 sierpnia). Oficjalna polska premiera odbędzie się 4 września. Za dystrybucję odpowiada Velvet Spoon.
Premiera Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma w sekcji Un Certain Regard należała do najbardziej pikantnych i emocjonujących wydarzeń 79. Festiwalu Filmowego w Cannes. Gejzery krwi, jęki rozkoszy i cronenbergowskie fetysze – Schoenbrun kontynuuje feministyczne i queerowe rozpychanie ram horroru.
Amerykańskie przedmieścia lat 90. nie należały do najprzyjaźniejszych miejsc dla osób doświadczających tożsamościowych rozterek. Na własnej skórze przekonało się o tym Jane Schoenbrun, wychowując się w pięciotysięcznym miasteczku w stanie Nowy Jork jako queerowe dziecko, najmłodsze z trójki rodzeństwa. W swoich poprzednich filmach – Wszyscy idziemy na wystawę światową (2021) i W blasku ekranu (2024) – z nutą grozy opowiadało więc o blaskach i cieniach dojrzewania: samotnych godzinach spędzonych przed ekranami komputera i telewizora, alienującym doświadczeniu dysforii cielesnej i pamiętnym uczuciu queerowego przebudzenia. W Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma znów powraca do czasów szkolnych, lecz tym razem wspomina je z uśmiechem na twarzy. Z niespotykanym dotąd humorem i euforyczną lekkością odtwarza eskapistyczną przyjemność, jaką dawało onu w wieku 13 lat obsesyjne oglądanie Z archiwum X (1993–2002, Fox) czy pisanie po nocach horrorowych fanfików.
„Nie chcę robić remake’u remake’u remake’u. Chcę nakręcić coś świeżego i nowego” – żali się Kris, młoda twórczyni indie i zarazem alter ego Jane, która ma za zadanie sfilmować kolejną część uwielbianej przez miliony franczyzy Camp Miasma. Ostatnie kontynuacje nie należały do boxoffice’owych hitów, ale geekowska filmowczyni (grana zgodnie ze swoim emploi przez Hannah Einbinder) ma zamiar to zmienić, obsadzając w głównej roli gwiazdę pierwszej odsłony serii. To dzięki Billy Preston – młodziutkiej final girl, pełnej melancholii i dziewczęcej niewinności – nastoletnia Kris odkryła swoje lesbijskie oblicze. Jak się okazuje, Billy (w tej roli Gillian Anderson) od lat zamieszkuje filmową lokację slashera i jest dziś zdziwaczałą diwą pokroju wilderowskiej Normy Desmond. Kris, spędzając u boku enigmatycznej piękności dni na odludziu, prędko zdaje sobie sprawę, że trafiła do krainy, w której granica między fikcją a rzeczywistością to rzecz czysto umowna.
Kris ma już na koncie remake Psychozy (1960, A. Hitchcock) z perspektywy zasłony prysznicowej, teraz chce oddać sprawiedliwość morderczemu antagoniście Camp Miasma. W optyce twórców fikcyjnej franczyzy Little Death, jak określany jest psychopata, to niebezpieczny freak udający na przemian dziewczynę i chłopaka, według Kris – ofiara transfobicznej narracji, zresztą niejedna w historii queerowej reprezentacji. Gdy Billy zdradza swojej gościni, jak bardzo kocha żyć ze świadomością, że w każdej chwili może ją tu zasztyletować jakiś seryjny morderca, Kris coraz odważniej konfrontuje się z własnymi fantazjami, a Little Death staje się jej małą obsesją, wręcz psychoseksualną – „mała śmierć” to po francusku określenie orgazmu. Jakie to uczucie być sprawcą i ofiarą jednocześnie? Wejść w rolę zarówno przedmiotu, jak i podmiotu? Co jest bardziej granicznym doświadczeniem: seks czy śmierć? Protagonistka pragnie stać się bohaterką odtwarzanego w głowie horroru: biec ile sił w nogach przez ciemny las, ubrana jedynie w majtki i skąpy top. Schoenbrun czyni coś na pozór niemożliwego: problematyzuje i zarazem celebruje ambiwalencję związaną z byciem final girl – mieszankę wstydu, przyjemności i ekscytacji.
Obecność Gillian Anderson w roli dziewczyny ze slashera nie jest tu przypadkowa, tak samo jak i VHS-owa estetyka, morderca o tragicznej przeszłości czy miejsce akcji wprost wyjęte z serii Piątek trzynastego. Zrodzone z miłości do kina gatunkowego Miłość śmierć… to pełnoprawny fanfik, w którym Schoenbrun przepisuje historię slashera, przekuwając jego niechlubne atrybuty – transfobię i męskie spojrzenie – w orgazmiczną fantazję na temat oglądania i bycia oglądanym. Znajduje humor i progresywność w czymś bardzo patriarchalnym, dystans i ironię w czymś bardzo woke. Metaslasher, hołd dla kobiecego spojrzenia, walentynka dla queerowej widowni – Schoenbrun zapewne nie lubi szufladkowania, dlatego tworzy zupełnie nowe etykiety, o których maniacy kina grozy nie śmieli dotąd fantazjować.
Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma
(Teenage Sex and Death at Camp Miasma)
USA, Kanada 2026, 112’
reż. i scen. Jane Schoenbrun, zdj. Eric K. Yue, muz. Alex G, prod. Plan B Entertainment, Mubi, wyst. Hannah Einbinder, Gillian Anderson, Jack Haven, Eva Victor, Dylan Baker
Komentuj




