Freak Show

Łukasz Ronduda jest wyjątkowo konsekwentnym twórcą. Czy kręci fabuły, czy dokumenty, trzyma się tego, co mu najbliższe, czyli polskiej sztuki współczesnej. A raczej twórców polskiej sztuki współczesnej. W każdym jego projekcie to właśnie człowiek stojący za dziełem jest najważniejszy – jego tożsamość, doświadczenia, biografia i ciało. Sztuka w rozumieniu Rondudy jest przedłużeniem osobowości. A w wyreżyserowanym wraz z Filipem Pawlakiem Freak Show – również fizyczności.

Tytułowy spektakl jest performansem czwórki artystów: Nadii Markiewicz, Agaty Wąsik, Daniela Kotowskiego i twórcy o pseudonimie Babcia. Każdy z nich boryka się z jakąś formą niepełnosprawności czy choroby, będącej jednocześnie ważnym tematem ich praktyki artystycznej. Wspólnie planują przerwać impas, w którym znajdują się na co dzień, kiedy napotykają niechciane spojrzenia i komentarze na temat swojego wyglądu. Show ma w zamierzeniu zwrócić im władzę. Gdy oni sami wystawiają własne ciała do oglądania, performują, śpiewają i przebierają się, spojrzenia innych stają się pożądane i pod kontrolą – oczy spoglądają tylko na to, co i jak zostanie pokazane. Istotny jest już sam gest wyjścia na scenę i odsłonięcia siebie. Jak mówi jeden z bohaterów, na co dzień pozostają w ukryciu, by ułatwiać życie innym, nie zakłócać ich komfortu. Tymczasem występ ma ten komfort zabrać – rozdrażnić i skonfundować.

Ronduda i Pawlak przyglądają się całemu procesowi twórczemu – podobnie jak pierwszy z nich czynił we wcześniejszym swoim dokumencie Lot (2022). Nie jest to jednak ani zwykły making-of, ani nawet rekonstrukcja drogi twórczej. Chodzi raczej o ścisłe powiązanie sztuki z artystą, pokazanie, jak głęboko wnika ona w tożsamość człowieka, z czego wyrasta i co za nią stoi. Na tym – zdają się twierdzić Ronduda i Pawlak – zasadza się jej wartość: jest czymś faktycznym, autentycznym, manifestacją ludzkiego istnienia, przylega do ciał, wnika w psychikę, dotyka najczulszych strun. Jest w tym nawet coś z dydaktyki – cała twórczość Rondudy zdaje się być społeczną misją objaśniania, czym w ogóle jest sztuka współczesna i jak należy ją odbierać.

Filmowcy przysłuchują się rozmowom artystów, którzy dyskutują nie tyle o pracy artystycznej, ile o własnej kondycji, stosunku do siebie i funkcjonowaniu w społeczeństwie. Sztuka klaruje się jakby przy okazji. Twórcy, sięgając po formę dyskretnego dokumentu obserwacyjnego, całą przestrzeń oddają bohaterom i ich własnej artykulacji kategorii inności.

Artyści swoje historie opakowują w historyczno-kulturowe konteksty. Babcia zabiera grupę do Grand Hotelu w Sopocie, niespodziewanie zdradzając, że właśnie tam Hitler planował akcję T-4, mającą na celu eksterminację osób chorych i niepełnosprawnych. Z kolei tytuł performansu nawiązuje do tradycji cyrkowej sprzed wieku, gdy ciała nienormatywne stawały się częścią spektaklu „dziwactw” – eksploatowane, poniżane, wystawione na ludzkie szyderstwo. Zaproponowane przez kwartet artystyczne przepracowanie tej formuły sprawiło, że zamiast przyjemności widownia odczuwa oczyszczający dyskomfort. W ten sposób performerzy wpisali się z własnymi doświadczeniami w większą wspólnotę, której należy się zwrot godności.

Ronduda i Pawlak pokazują, jak dzisiejsza sztuka oblepia się sensami, jak czerpie z najróżniejszych kontekstów, jak faworyzuje koncept ponad materialność. I tłumaczą w ten sposób niezwykle ważną rolę kuratora w świecie sztuki. Bowiem każdy filmowy projekt Rondudy zdaje się przedłużeniem jego codziennej działalności – kuratorowania. Ale tak jak dzisiejsi kuratorzy nie tylko biernie eksponują, ale również kreują, tak dokumentalista działa za pomocą kamery. Maszyneria kina pracuje na rzecz czwórki bohaterów już choćby na najbardziej podstawowym poziomie: oddając im głos i uwalniając ciała, umożliwiając trudny proces emancypacji spod presji nieprzyjaznych spojrzeń. Tak oto realizuje się także funkcja terapeutyczna filmu. Bohaterowie dzięki dokumentowi, jak sami mówią, wychodzą z piwnicy.

Ale fantasmagoryczna maszyneria kina daje bohaterom coś jeszcze. Stykający się na co dzień z szyderstwem i hejtem, mogą dzięki niej wziąć w finale symboliczny odwet na tych, którzy dotychczas sprawiali im ból. Po performansie mierzą się z internetowymi komentarzami – głównie na temat swojego wyglądu. Co miało przynieść triumf i oczyszczenie, dostarcza nowego cierpienia. Tym razem jednak z pomocą przychodzi kino – to ono umożliwia wyobrażoną konfrontację z socialmediowymi hejterami. Istotą tego kinematograficznego procederu jest nie tyle czysta zemsta, ile raczej odzyskanie sprawczości. Film mimochodem przyjmuje zatem funkcję protetyczną.

Recenzja powstała przy współpracy z Festiwalem Millenium Docs Against Gravity 2026 [8–17.05 (kina), 19.05–1.06 2026 (online)]
Sprawdź program

Freak Show

Polska 2026, 75’

reż. Łukasz Ronduda, Filip Pawlak, zdj. Ignacy Ciszewski, muz. Robert Piotrowicz, prod. Madants, Black Photon, WFDiF

Komentuj