Błysk diamentu śmierci

W Szwajcarii za kilka tysięcy franków można przemienić prochy w niewielki klejnot. Ot taki erzac nieśmiertelności, wszak diamenty są wieczne. Podobnie jest z kinem, które dla wielu stało się nadzieją na wiekuistość. Ciało znika, ale sfilmowane sylwetki pozostają. W Błysku diamentu śmierci Hélène Cattet i Bruno Forzani, rewizjoniści europejskiego kina gatunkowego, mierzą się z zagadnieniem przemijania. Ich wnioski są raczej defetystyczne: starcie człowieka z czasem jest przykre i odarte ze wzniosłości, tymczasem film, który miał go przetrwać, nie jest wcale trwalszy od spiżu.

Przekonał się o tym na własnej skórze 70-letni John (Fabio Testi). Mężczyzna spędza jesień życia w kurorcie na Lazurowym Wybrzeżu. Dni mijają mu niespiesznie na piciu whisky i wpatrywaniu się w morze. Pewnego razu zauważa na plaży dziewczynę. Jej widok budzi w nim wspomnienia awanturniczych lat, kiedy to jako agent specjalny John D. (Yannick Renier) łamał kobietom serca, a złoczyńcom gruchotał kości. Gdy tajemnicza plażowiczka nagle znika, emerytowany szpieg zaczyna podejrzewać, że jego arcywróg Hypnotik powrócił, aby znowu nieść chaos. Cattet i Forzani prowadzą narrację wielotorowo; śledztwo 70-latka przeplatają urywkami z jego spektakularnych, diabelnie krwawych potyczek. Sensacyjna opowieść zostaje jednak prędko przez twórców zakwestionowana, a narrator traci wiarygodność.

Twórcy starannie zacierają granicę między faktem a fantasmagorią, stąd Błysk diamentu śmierci można czytać w dwójnasób. Pulpowy patchwork Cattet i Forzaniego da się postrzegać jako fantastyczne perypetie rzeczywistego superagenta, w których centrum znajdują się szwarccharaktery rodem z włoskich komiksów: uzdolniony parapsychicznie Hypnotik, Atomik, czyli człowiek-reaktor jądrowy, oraz zabójczyni o tysiącu twarzy, Serpentik. Autorzy wydeptali także drugą ścieżkę interpretacyjną. Za drogowskaz kierujący na nią można uznać tytuł filmu. Martwym diamentem jest w tym wypadku świadomość Johna, która znajduje się na skraju zaniku. Jak diament światło rozszczepia ona pamięć na krótkie refleksy, migotliwe i piękne, aczkolwiek za nic nieukładające się w harmonijną całość. W każdej fasecie można zobaczyć różną wersję przeszłości: w jednej mężczyzna jest superbohaterem, w innej wyłącznie aktorzyną, który nie potrafi rozstać się z rolą. Cattet i Forzani burzą chronologię i strukturę temporalną, za pomocą poszatkowanej narracji odzwierciedlają dramat 70-latka borykającego się z demencją – wrogiem straszliwszym i przebieglejszym od jakiegokolwiek komiksowego przebierańca.

Błysk diamentu śmierci nie mógłby nakręcić Quentin Tarantino. Podczas gdy Amerykanin zwykł bawić się gatunkami filmowymi i umieszczać swoje historie w ramach pastiszu, Cattet i Forzani nawet najbardziej kampowe pomysły opisują z nieudawaną powagą. To zacięcie przekłada się na warstwę formalną ich filmów, będących pieczołowicie zaprojektowaną mozaiką obrazów i dźwięków. Francuski duet zdaje się przedkładać sensoryczno-cielesny odbiór kina nad intelektualne zaangażowanie w przebieg fabuły. Zapewne dlatego tak chętnie sięga po refnowskie przesycone barwy, dynamiczne efekty świetlne oraz op-artowe kombinacje kształtów, z kolei dyrygowana przez niego kamera służy w dużej mierze badaniu faktur i wypukłości. Ziarnistość i wszechobecny szum są nie tylko elementem stylizacji, ale również wyrazem niechęci do nieskazitelności cyfrowych obrazów. Haptyczność filmu Cattet i Forzaniego pomaga utrzymać emocjonalne zaangażowanie, gdy historia, jak pamięć Johna, ulega coraz większym zniekształceniom i fragmentaryzacji.

Połączony węzłem małżeńskim i miłością do kina eksploatacji duet wzbrania się przed nazywaniem swoich filmów hołdami. Ich celem nie jest pisanie laudacji dla pojedynczych twórców, lecz przywołanie emocji i uczuć, które towarzyszyły widzom filmów z nurtu Eurospy oraz czytelnikom literatury wagonowej i fumetti neri. Trudno jednak w trakcie seansu Błysku diamentu śmierci powstrzymać się przed dzierganiem własnej siatki intertekstualnych odniesień. Przecież wystarczy spojrzeć na Serpentik, aby przypomnieć sobie komiksy z Diabolikiem. Nie sposób nie dojrzeć w Yannicku Renierze młodego Seana Connery’ego, nawet jeśli grana przezeń postać to nie tyle agent 007, ile agent 077. Sam angaż Fabia Testiego jest już ukłonem w stronę prominentów poliziotteschi i giallo. Najnowszy film Cattet i Forzaniego zakotwiczony jest w przeszłości i opowiada o tekstach kultury, które wraz z nią przeminęły. Idąc tym tropem: John nie walczy wcale o ocalenie świata, tylko ocalenie pamięci o świecie, gdzie brak budżetu nie krępował wyobraźni, a dzikość i dziwność dominowały nad bezpieczną sztampą.

Błysk diamentu śmierci

Reflet dans un diamant mort

Belgia 2025, 81’

reż. i scen. Hélène Cattet, Bruno Forzani, zdj. Manuel Dacosse, prod. Kozak Films, wyst. Fabio Testi, Yannick Renier, Koen De Bouw, Maria de Medeiros, Thi Mai Nguyen

Komentuj