Telewizja politycznie (nie)poprawna

Obecnie nie wystarczy po prostu wyprodukować dobrego serialu – twórcy muszą też być świadomi potrzeby politycznej poprawności. Zadaniem scenarzystów jest umiejętne lawirowanie między drażliwymi tematami, tak by nie urazić poszczególnych społeczności, zaś rolą producentów i reżyserów jest takie skompletowanie obsady, aby dobrze odzwierciedlała społeczeństwo.

Być poprawnym politycznie, czy nie być – oto jest pytanie. Zagadnienie to zresztą z czasem staje się coraz bardziej skomplikowane, bo poprawność polityczna w ostatnich latach przestała być kategorią czysto opisową, a stała się raczej cechą wartościującą. Nazwanie w ten sposób danej produkcji to wytknięcie jej twórcom braku odwagi, zachowawczości lub też wyrażenie generalnego sprzeciwu wobec postępującej w kulturze popularnej autocenzurze.

Hasło „polityczna poprawność” stało się orężem środowisk konserwatywnych, które często nie akceptują liberalnego światopoglądu wyrażanego przez twórców danego filmu czy serialu.

Lewica grzeszy z kolei swoją nadwrażliwością: brak kobiety w obsadzie szybko może zamienić się w oskarżenie o seksizm (głośno było o niedoborze płci pięknej po ogłoszeniu obsady najnowszych Gwiezdnych wojen [2015]), brak osób czarnoskórych gwarantuje pomówienie o rasizm (afera #OscarsSoWhite), a nieumieszczenie w fabule geja czy lesbijki może skończyć się zarzutami o homofobię (jak było przez pierwsze pięć sezonów Dawno, dawno temu [ABC, 2011–]). Z kolei gra ze stereotypami i przyzwyczajeniami widzów poprzez na przykład obsadzenie w głównej roli kobiety niemal od razu, zdaniem wielu, czyni serial feministycznym (ze świecą szukać analiz produkcji Shondy Rhimes w innym kluczu).

Tak naprawdę jednak wspomnianą kategorię należy uznać za apolityczny epitet odnoszący się do procesu komunikacji, w którym przynajmniej jedna ze stron zwraca szczególną uwagę na poszanowanie i tolerancję swojego rozmówcy. Funkcję nadawcy pełnią tutaj serialowi decydenci (twórcy, scenarzyści lub po prostu włodarze stacji) – to oni wybierają, kiedy postępować zgodnie z zasadami politycznej poprawności, a kiedy ją ignorować. Wspomniany rozmówca jest zaś odbiorcą komunikatu, czyli telewizyjnym widzem o konkretnej wrażliwości i pochodzeniu.

Bycie politycznie poprawnym należy jednak zaliczyć do zadań karkołomnych, bo z roku na rok widzowie oraz przyglądające się telewizji media stają się coraz wrażliwsze. Trzeba sprawnie balansować między zadowalaniem widzów (każdy lubi oglądać ludzi, z którymi się zgadza), odzwierciedlaniem rzeczywistości (wszystkie grupy społeczne powinny być odpowiednio reprezentowane), historyczną poprawnością (fakty sprzed kilku wieków nie zawsze zaś dla twórców są szczególnie wygodne) a przyciąganiem reklamodawców (kontrowersje raczej ich odrzucają, niż zachęcają). Z reguły najmniej „odważne” są stacje ogólnodostępne, takie jak ABC, CBS, NBC i Fox. Stroni się tam od ryzyka zarówno w treści, jak i formie – mamy zwykle do czynienia z pokazywaniem najbardziej popularnego modelu rodziny czy stylu życia, a na ekranie nie uświadczymy przekleństw, nagości lub nadmiernej przemocy. Kanały kablowe ze względu na brak ograniczeń instytucjonalnych proponują odważniejsze tytuły, które budują swoje fabuły wokół amoralnych głównych bohaterów i opowiadają historie przeznaczone dla dojrzałego widza.

Poza ramy politycznej poprawności wychodzi się zresztą z premedytacją – jak udowadnia wiele seriali, korespondowanie z nią stanowi doskonały środek wyrazu, czego najlepszym przykładem są odważne produkcje stacji kablowych czy obrazoburcze seriale animowane dla dorosłych.

Doktor House

Modernizacja przeszłości

„Potrzebujemy lepszej, mniej obraźliwej historii” – mówi w jednym z odcinków Parks and Recreation (NBC, 2009–2015) Leslie Knope. Kierowniczka tytułowego wydziału urzędu miasta próbuje zmienić jeden ze znajdujących się w ratuszu murali, na którym widnieją mordowani rdzenni mieszkańcy Ameryki. Te słowa do serca często biorą sobie też telewizyjni scenarzyści. O ile jednak Knope stara się jedynie nie epatować wstydliwymi wydarzeniami z przeszłości, o tyle piszący serialowe scenariusze tę przeszłość po prostu zmieniają, czy też mówiąc ostrzej – zakłamują.

Z „historią poprawną politycznie” mamy do czynienia, gdy twórcy serialu z akcją osadzoną w przeszłości zmieniają ją tak, by pasowała do norm obowiązujących w czasach, kiedy powstaje dana produkcja. Zwykle ten „ahistoryczny” proces polega na czynieniu bohaterów – jak na lata, w których żyją – osobami nadzwyczaj postępowymi.

Dzięki zbliżeniu światopoglądu i sposobu myślenia postaci do oglądających serial widzów łatwiej zyskać naszą sympatię. Odbywa się to na różną skalę: „oświeceni” mogą być wszyscy protagoniści lub tylko główny bohater. W tym drugim przypadku jeszcze łatwiej jest nam się z nim identyfikować, bowiem jawi się on jako „jedyny prawy i sprawiedliwy”.

Odcinkowa adaptacja Jeźdźca bez głowy (Fox, 2013–) opowiada historię brytyjskiego żołnierza, który w trakcie wojny o niepodległość staje po stronie Amerykanów i wspiera abolicjonistów. Co prawda Ichabod Crane szybko opuszcza XVIII wiek i budzi się w teraźniejszości, niemniej scenarzystom najwyraźniej zależało na tym, by zaznaczyć, po czyjej stał stronie. Co ciekawe, główny bohater nie tylko nie mógł mieć antyamerykańskiego nastawienia i być rasistą, ale i homofobem. Po kilku odcinkach dowiadujemy się wszak, że Crane doskonale wie, kim są homoseksualiści, i nie ma nic przeciwko nim. To ostatnie stanowisko pod koniec XVIII wieku na pewno nie było zbyt popularne.

Powody tego ahistoryzmu mogą być rozmaite – począwszy od nieznajomości faktów przez twórców lub ignorowanie ich z premedytacją, przez próbę celowego zdywersyfikowania rasowego obsady, a skończywszy na znalezieniu aktora, którego po prostu nie sposób było nie zatrudnić do danej roli. I tak w Mortal Kombat: Porwanie (TNT, 1998–1999), rozgrywającym się w średniowiecznych Chinach, tylko główny bohater jest Azjatą, w Robin Hoodzie (BBC, 2006–2009) główny dowódca XII-wiecznej brytyjskiej armii jest czarnoskóry, a w Piratach (Starz, 2014–) jednym z najbardziej prominentnych członków karaibskiej załogi jest Japończyk. Poprawność polityczna może niemal niepostrzeżenie przewijać się na drugim planie w postaci statystów. W retrospekcjach z XIX wieku w Pamiętnikach wampirów (The CW, 2009–), nawet gdy Afroamerykanie pojawiają się jako służący, nigdy nie określa się ich ani nie traktuje jako niewolników.

Wróg niepoprawny

Po czym rozpoznać czarny charakter? Zwykle złoczyńcę zdradza wygolona głowa, złowieszczy uśmiech lub brytyjski akcent. Czasem po prostu widzimy go w akcji – podczas kradzieży czy zabójstwa.

Jeśli jednak scenarzysta chce pokazać bohatera złego do szpiku kości, czyni go niepoprawnym politycznie. Postać taką można zdefiniować przez seksistowski komentarz, rasistowskie zachowanie lub każdy inny przejaw dyskryminacji.

Co ważne, brak tolerancji danego bohatera zwykle nie jest jego podstawową cechą osobowości, a jedynie dodatkowym elementem, który pozwala widzom stwierdzić, że ten czarny charakter „jest naprawdę zły”.

Niepoprawnych politycznie szwarccharakterów nie brakuje wśród bohaterów seriali stacji kablowych. To tam twórcy nieograniczeni żadnymi przepisami i nadzorem Federal Communications Commission (amerykański odpowiednik Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji) mogą powiedzieć i pokazać w zasadzie wszystko. Osoby wrażliwe na wszelaką dyskryminację ucierpią szczególnie, oglądając Grę o tron (HBO, 2011–). Choć akcja produkcji na podstawie powieści George’a R.R. Martina dzieje się w fikcyjnym Westeros, bardzo blisko mu do realiów znanego nam średniowiecza. Panuje patriarchat, kobiety są gospodyniami lub prostytutkami, a homoseksualizm jest zakazany i karany ścięciem. Brak politycznej poprawności podkreśla tylko brutalność wykreowanego przez HBO świata. W tej bestialskiej rzeczywistości wyróżnić udaje się jednak nastoletniemu Joffreyowi Baratheonowi, który płeć piękną traktuje z wyjątkowym okrucieństwem i stwierdza, że „inteligentne kobiety to takie, które robią to, co się im każe”. Tylko nieco mniejszymi mizoginami są jego dziadek i wuj, Tywin i Tyrion Lannisterowie.

Bohater ze skazą

Niepoprawni politycznie bywają także protagoniści. Postacie o wyrazistych poglądach i zachowaniach niemieszczących się w ramach zasad dobrego obyczaju są rzecz jasna niebezpieczne – widzowie mogą poczuć się urażeni ich postępowaniem i porzucić oglądanie produkcji. Niemniej, jeśli twórcy serialu mają dobre wytłumaczenie takiej konstrukcji bohatera, jest szansa, że odniosą sukces.

sopranos

Takie ryzyko warto podjąć, bo wśród seriali niepoprawnych politycznie hitów nie brakuje, szczególnie wśród tych z figurą antybohatera w roli głównej. Tytułowy doktor House (Fox, 2004–2012) nie przebiera w słowach, często obrażając swoimi seksistowskimi uwagami kobiety (choć na jego usprawiedliwienie należy dodać, że nie ogranicza się on wyłącznie do nich). Bohater grany przez Hugh Lauriego jest zresztą świadom swoich przywar, ale wydaje się tym nie przejmować. Widzowie, podobnie jak i współpracownicy, wybaczają mu to przez wzgląd na poczucie humoru i nieprzeceniony geniusz. House’owi wtórują inni serialowi antybohaterowie – seksizm cechuje również takie postaci, jak Don Draper (Mad Men [AMC, 2007–2015]), Hank Moody (Californication [2007–2014]) czy Tony Soprano (Rodzina Soprano [HBO, 1999–2007]).

Z poprawnością polityczną lubią igrać także twórcy seriali komediowych. Z Barneya Stinsona co prawda żaden antybohater, ale w ciągu dziewięciu sezonów Jak poznałem waszą matkę (CBS, 2005–2014) przedstawił wystarczająco wiele dowodów na to, że traktuje kobiety przedmiotowo. Spora część widzów nie tylko wybaczała mu to zachowanie, ale wręcz je aprobowała. Wszystko dlatego, że scenarzyści mocno przerysowywali postać Barneya – Stinson niemal w każdym odcinku miał nową partnerkę, wymyślał skomplikowane teorie dotyczące podrywania, a w życiu kierował się wieloma kuriozalnymi zasadami. To wszystko sprawiało, że mogło się wydawać, iż jako bohater nieco ekscentryczny i „nierealistyczny” wolno mu więcej. Podobne postacie pojawiały się w Technikach-magikach (Channel 4, 2006–2013) czy Horych doktorach (ABC, 2001–2010).

Niepoprawność jako znak rozpoznawczy

Gra z regułami politycznej poprawności może być pomysłem nie tylko na pojedynczego bohatera, ale także na całą produkcję. W amerykańskiej telewizji nie brakuje tytułów, których podstawą są żarty z płci, preferencji seksualnych czy koloru skóry. By „obronić” obraźliwe komentarze, częstokroć twórcy korzystają z animacji. Kreskówkowy świat tworzy dystans między odbiorcami a tym, co dzieje się na ekranie. Podobnie jak w przypadku wspomnianych bohaterów Jak poznałem waszą matkę i Techników-magików, przerysowanie (tutaj dosłowne) podnosi granicę tolerancji widzów.

Choć z polityczną poprawnością igrali już Simpsonowie (Fox, 1989–) oraz Beavis i Butt-Head (MTV, 1993–1997), niekwestionowanym królem jej ignorowania jest bez wątpienia Miasteczko South Park (Comedy Central, 1997–). Polityczna poprawność wydaje się sensem istnienia serialu Treya Parkera i Matta Stone’a. Co tydzień wybuchają kontrowersje związane z tym, co pojawiło się w nowym odcinku. Wielokrotnie toczono publiczne dyskusje na temat pokazywania tam proroka Mahometa, obrażania osób publicznych czy żartowania z eutanazji i samobójstwa. W jednym z odcinków ostatniego sezonu Donald Trump został zgwałcony na śmierć ku uciesze większości bohaterów. W Miasteczku South Park nie tylko obraża się każdą możliwą grupę społeczną (biali, Azjaci, geje, niepełnosprawni, chrześcijanie), ale też za cel obiera się same zasady mówiące o tym, co można, a czego nie można powiedzieć. Niedawno do stałej obsady dołączył nawet tzw. PC Principal (czyli „dyrektor ds. politycznej poprawności”), którego zadaniem jest m.in. dbanie o odpowiedni język uczniów South Park Elementary. Inna sprawa, że jak na produkcję Parkera i Stone’a przystało, metody nowego dyrektora są „łagodne” niczym dowcipy głównych bohaterów.

W przypadku niestosowania się przez seriale do reguł politycznej poprawności zasady są proste. Im większe odejście od rzeczywistości, im bardziej nierealny bohater lub świat przedstawiony, tym na więcej można sobie pozwolić.

A imię jego token

By produkcja była politycznie poprawna, scenarzyści zwykle powołują do życia tzw. token minority, czyli bohatera, który należy do jakiejś grupy mniejszościowej ze względu na kolor skóry, preferencje seksualne, płeć, pochodzenie etniczne, słowem – cechę konstytuującą daną postać w opozycji do mainstreamu. Token przede wszystkim czyni serial atrakcyjnym dla szerszej grupy odbiorców (widzowie mają większą szansę, że znajdą bohatera, z którym będą się identyfikować), ale także otwiera nowe drzwi scenarzystom. Dzięki takiemu bohaterowi mogą oni poruszyć tematykę mniejszości, jest też większa szansa, że żarty z rasizmu, seksizmu czy homofobii ujdą im płazem. Pozwala to również uniknąć krytyki serialu ze strony danych grup mniejszościowych.

Umieszczanie tokenów to jeden z najpopularniejszych zabiegów, jakie stosują serialowi twórcy, i choć znacząco odmienia on obraz telewizji, ma wiele wad. Tacy bohaterowie bywają dopisywani do produkcji w ostatniej chwili, w związku z czym zwykle nie ma na nich szczególnego pomysłu, a ich rola w toku serialu jest systematycznie redukowana.

Posiadanie w obsadzie tylko jednego przedstawiciela danej mniejszości sprzyja również ich stereotypowemu przedstawianiu. Jeśli w serialu pojawia się tylko jeden gej, jest duża szansa, że będzie on zniewieściały, jeśli mamy do czynienia z jednym czarnoskórym mężczyzną, na pewno będzie doskonale rapował lub miał kryminalną przeszłość, a jeśli w ciągu 40 minut odcinka zobaczymy tylko jedną Latynoskę, można być pewnym, że będzie albo sprzątaczką, albo seksbombą.

Tokeny łatwo w serialach wytropić, bo choć role te nie są wielkie, zwykle pozostają mocno wyróżniającym się elementem. I tak w białej obsadzie Prezydenckiego pokera (NBC, 1999–2006) znajduje się czarnoskóry Charlie Young, w równie homogenicznej ekipie Weroniki Mars (The CW, 2004–2007) mamy Afroamerykanina Wallace’a Fennela, a wśród heteroseksualnych bohaterów Teen Wolf: Nastoletniego wilkołaka (MTV, 2011–) jest jeden gej. Każda z zakończonych już odsłon serialu CSI: Kryminalne zagadki miała po jednym „obowiązkowym” czarnoskórym bohaterze w stałej obsadzie.

#EmmyNotSoWhite

Przy okazji tegorocznej edycji przyznania Oscarów podniosło się wiele głosów zwracających uwagę na brak nominacji dla czarnoskórych aktorów, reżyserów czy scenarzystów. Co prawda w historii tych nagród to żadna nowość, podobnie było choćby w poprzednim roku, gdzie również wyróżnieni zostali wyłącznie biali. Wtedy jednak doceniono chociaż nominacją w dwóch kategoriach (najlepszy film i najlepsza piosenka) Selmę (2014, A. DuVernay). W tym roku miarka się przebrała, bo nawet gdy zauważono istotne dla czarnoskórych Straight Outta Compton (2015, F.G. Gray; nominacja za najlepszy scenariusz oryginalny), to i tak splendor spadł na dwie odpowiedzialne za ten tekst osoby rasy białej.

Netflix 2012 Orange is the New Black Season #1 Cast: Taylor Shilling- Piper Michelle Hurst- Miss Claudette Laura Prepon- Alex Vause Vicky Jeudy- Janae Watson Danielle Brooks- Tasha "Taystee" Jefferson Uzo Aduba- Crazy Eyes Samira Wiley- Poussey

Zwane „telewizyjnymi Oscarami” nagrody Emmy nie mają podobnych problemów, a przynajmniej nie do tego stopnia. Owszem, dominacja osób białych jest znacząca, ale w ciągu ostatniej dekady nie zdarzyło się, by wśród którejś z najważniejszych kategorii nie było osoby czarnoskórej. Telewizja chyba lepiej radzi sobie z odpowiednią reprezentacją wszelakich mniejszości, choć należy pamiętać, że liczba potencjalnych tytułów, które mogą zostać nominowane do Emmy, jest znacznie mniejsza. Seriali produkuje się mniej, a nominowane są tytuły głównie amerykańskie (rzadziej brytyjskie lub australijskie).

Choć korzystanie ze wspomnianych tokenów jest procederem nader częstym, wiele seriali może pochwalić się bardzo zdywersyfikowaną obsadą. Ostatnio pod tym względem krytyków zachwyciły: Orange Is the New Black (Netflix, 2013–), Imperium (Fox, 2015–) i Power (Starz, 2014–). Wcześniej przez lata królowało pod tym względem Glee (Fox, 2009–2015). Ten musical miał w swojej obsadzie w zasadzie każdą mniejszość: gejów, lesbijki, niepełnosprawnych, Azjatów, Latynosów, czarnoskórych i Żydów. Nic dziwnego, skoro temat szeroko rozumianej tolerancji był motywem przewodnim całej produkcji, a tytułowy szkolny chórek służył za miejsce schronienia dla wszelkiej maści outsiderów.

Orędowniczką jak najbardziej zróżnicowanej etnicznie obsady jest Shonda Rhimes, showrunnerka odpowiedzialna za wiele hitów emitowanych w stacji ABC. Dbać o to zaczęła już przy okazji swojej pierwszej produkcji pt. Chirurdzy (ABC, 2005–), gdzie wykorzystała metodę color-blind casting. Rhimes zdecydowała się po prostu wybrać osoby, które najbardziej ją przekonywały, nawet jeśli początkowo wyobrażała sobie daną postać inaczej. Dość powiedzieć, że Miranda Bailey początkowo miała być wysoką, szczupłą blondynką (w jej rolę wciela się czarnoskóra Chandra Wilson, aktorka o niskim wzroście i okrągłych kształtach), a Derekiem Shepherdem (klasyczny wysoki brunet o jasnej karnacji grany przez Patricka Dempseya) o mały włos nie został czarnoskóry Isaiah Washington (aktor ostatecznie otrzymał rolę Prestona Burke’a).

W postrasistowskiej rzeczywistości

Postrasizm, termin odnoszący się do świata, w którym rasa przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, wciąż pozostaje domeną fantastów. Niemniej coraz więcej twórców seriali taką wizję rzeczywistości zdaje się nam proponować. Główne role w Skandalu (ABC, 2012–), Sposobie na morderstwo (ABC, 2014–) czy Oszustwie (NBC, 2013) należą do czarnoskórych aktorek, a grane przez nie bohaterki to kobiety sukcesu. Kolor skóry wydaje się też nie mieć znaczenia w Żywych trupach (AMC, 2010–) i Arrow (The CW, 2012–), gdzie mamy do czynienia z mocno zdywersyfikowaną obsadą, a temat dyskryminacji zupełnie nie istnieje. Towarzyszący prezydenturze Baracka Obamy motyw „postrasowej Ameryki” zyskał swoje odbicie w politycznym thrillerze zatytułowanym State of Affairs (NBC, 2014–2015), w którym na czele rządu Stanów Zjednoczonych staje Constance Payton, pierwsza czarnoskóra kobieta na tym stanowisku.

STATE OF AFFAIRS -- "Pilot" -- Pictured: (l-r) Katherine Heigl as Charleston Tucker, Alfre Woodard as President Constance Payton -- (Photo by: Michael Parmelee/NBC)

Oznaką dojrzałości telewizji w kontekście rasizmu i postrasizmu są także coraz częściej przewijające się tego rodzaju wątki nawet w serialach, dla których kwestie rasowe nie były kluczowe i które początkowo ich w ogóle nie poruszały.

Zaczęły one dominować chociażby ostatnio w Żonie idealnej (CBS, 2009–). Tylko w siódmym sezonie partnerką Alicii Florrick została czarnoskóra Lucca Quinn, w nową kochankę Eliego Golda wciela się Vanessa Williams (pierwsza afroamerykańska miss Ameryki), jedna z klasycznych „spraw odcinka” dotyczy Afroamerykanki oskarżonej o kradzież w sklepie z ubraniami, a inna – domniemania rasistowskiego algorytmu wyszukiwarki. Żona idealna doskonale przepracowuje potencjalny rasizm w sferze zatrudniania – kancelaria Lockhart, Agos & Lee nie decyduje się zatrudnić młodej czarnoskórej prawniczki ze względów raczej „obiektywnych”, a następnie zostaje przez nią oskarżona o dyskryminację z powodu jej koloru skóry. Produkcja Roberta i Michelle Kingów nie ogranicza się jednak wyłącznie do pokazywania równościowych standardów, ale także je komentuje. Twórcy, podobnie jak bohaterowie ich serialu, są świadomi sytuacji rasowej na świecie i dotyczącego jej w Stanach Zjednoczonych prawa. Wspomniana nieprzyjęta do pracy adwokatka szybko okazuje się cynicznie wykorzystywać swój kolor skóry i traktować go instrumentalnie. To zresztą nie pierwsza taka sytuacja w serialu CBS. Na salach sądowych boje o kwestie rasowe toczą się regularnie, a biali prawnicy nie obawiają się w sporach powoływać na tzw. odwrócony rasizm (reverse racism).

Granice tego, co w telewizji można pokazać, są płynne, podobnie jak zasady politycznej poprawności. By sobie to uzmysłowić, najlepiej sięgnąć po dowolną uwielbianą produkcję sprzed kilkunastu lat, jak na przykład Przyjaciele (NBC, 1994–2004). W ciągu 10 sezonów mamy tylko jedną (!) znaczącą rolę osoby czarnoskórej, choć akcja rozgrywa się przecież w wielokulturowym Nowym Jorku. Chandler Bing alergicznie reaguje na każdą sugestię, że mógłby być gejem i wstydzi się za swojego transseksualnego ojca, a Phoebe nieustannie żartuje ze swojej matki, która popełniła samobójstwo, i z tego, że jako nastolatka żyła na ulicy. Kiedyś nie tylko widzowie uznawali to za zabawne, ale było to całkowicie dozwolone. Pytanie brzmi zatem: z czego nie będzie wypadało nam się śmiać za kolejne kilkanaście lat?

 

Słowniczek:

  • Reverse racism („odwrócony rasizm”) – dyskryminacja grupy społecznej o dominującym kolorze skóry, czyli np. białych w Stanach Zjednoczonych. Do tego zjawiska dochodzi m.in. w szkołach czy zakładach pracy, kiedy dyrektorzy i menedżerowie, widząc jednakowe przewinienie u człowieka białego i czarnoskórego, w obawie o oskarżenie o rasizm winią tylko tego pierwszego.
  • Color-blind casting („obsadzanie ślepe na rasę”) – wybieranie aktorów bez zwracania uwagi na ich kolor skóry, a nawet płeć i wiek. Metoda wyklucza uprzednie profilowanie postaci względem stereotypów etnicznych. W wersji radykalnej może polegać na obsadzaniu roli w kontrze do społecznego wyobrażenia o danej postaci, np. czarnoskóre Eartha Kitt i Halle Berry wcielały się w Kobietę-Kota. Pokrewną strategią jest wybieranie kobiet do ról męskich: Asta Nielsen grała Hamleta, a Krystyna Feldman – Nikifora.
  • Postrasizm – kategoria odnosząca się do rzeczywistości, w której nie istnieje rasowa dyskryminacja, nie ma preferencji i uprzedzeń, a ludzie każdego koloru skóry mają takie same prawa i możliwości. Za jeden z najważniejszych znaków dowodzących tworzenia się na Zachodzie świata postrasistowskiego uznawane jest wybranie na prezydenta Stanów Zjednoczonych Baracka Obamy.

 

Komentuj