„Ogień na morzu”

Masowy ruch migracyjny w kierunku Europy, który szczególnie przybrał na sile we wrześniu ubiegłego roku, urósł do rangi katastrofy humanitarnej i jednego z największych wyzwań współczesnego świata. Musiał więc doczekać się filmowej reprezentacji.

Masowy ruch migracyjny w kierunku Europy, który szczególnie przybrał na sile we wrześniu ubiegłego roku, urósł do rangi katastrofy humanitarnej i jednego z największych wyzwań współczesnego świata. Musiał więc doczekać się filmowej reprezentacji. Oczywiste było, że zdarzenia, u których podstaw leżą dramaty setek tysięcy ludzi, a które mogą zmienić oblicze Unii Europejskiej, szybko zyskają zainteresowanie ze strony licznych twórców.

Zapewne wkrótce zacznie docierać do nas cały szereg dokumentów i fabuł pokazujących przyczyny, przebieg czy skutki ostatnich fal migracji. Póki co głośno robi się wokół dzieł zrealizowanych jeszcze przed wrześniem 2015 roku. Jednym z tych filmów jest nagrodzony Złotym Niedźwiedziem na tegorocznym Berlinale Ogień na morzu, do którego zdjęcia rozpoczęły się blisko rok wcześniej. W obliczu dość słabego konkursu i dobrze znanego politycznego zaangażowania berlińskiego festiwalu laur ten nie mógł być dla nikogo zaskoczeniem. Niesłabnący szum medialny wokół problemu migracji na pewno mu pomógł, jednak artystyczne walory filmu nie pozwalają mówić o czystym koniunkturalizmie jurorów.

Gianfranco Rosi stanął przed nie lada wyzwaniem, jakim jest opowiedzenie o problemie o tak dużej skali, złożoności i konsekwencjach bez popadania w publicystyczne truizmy, moralizatorski ton naiwnego humanizmu czy eksploatację ludzkiego cierpienia. Świadomy tych pułapek reżyser przybrał więc pozycję zdystansowanego (choć empatycznego) obserwatora.

Otwierająca plansza mówi o ponad 400 tysiącach ludzi, którzy w ciągu ostatnich 20 lat przeprawili się na własną rękę przez Morze Śródziemne i przybyli na leżącą zaledwie 110 kilometrów od wybrzeży Afryki, lecz należącą już do Włoch Lampedusę. To jedyna faktograficzna informacja pojawiająca się w filmie – pozostałe 107 minut projekcji wypełniają luźno powiązane z sobą sceny dokumentujące poszczególne epizody z życia imigrantów – badania medyczne, wdrażanie procedur bezpieczeństwa, codzienne zajęcia w obozie przejściowym.

Rosi unika przy tym dwóch podstawowych pokus – uogólnienia oraz narratywizacji. W Ogniu na morzu nie czuć w ogóle częstej w dokumentach pretensji do podsumowania czy wyjaśnienia podejmowanego tematu. Film prezentuje raczej fragmentaryczne mikrosytuacje, z których pełny obraz opisywanego zjawiska, a tym bardziej płynące zeń wnioski musimy wyciągnąć sami. Nie proponując żadnej pseudofabularnej linii narracyjnej i nie wyławiając z dziesiątek postaci pojawiających się na ekranie żadnego indywidualnego bohatera, reżyser staje także w kontrze do dokumentów, w których centrum znajduje się wyrazista postać. Rozwija tym samym strategię obecną już w nagrodzonej zaledwie dwa lata temu Złotym Lwem Rzymskiej aureoli (2013). Nie dając dostępu do przeszłości i osobowości portretowanych osób, odmawia widzom łatwej identyfikacji oraz podkreśla nieprzystawalność przedstawianych problemów do naszego własnego doświadczenia. Nie poznajemy żadnych imion, nie słyszymy żadnych wypowiedzi do kamery, nie śledzimy nawet tych samych ludzi. Rosi portretuje ich przy tym z pełnym godności szacunkiem – film jest bowiem zdystansowany, ale nie ma w nim nic z perwersyjnej przyjemności voyeura, którą zastępuje ludzka potrzeba empatycznego spojrzenia w oczy drugiej osobie.

Jedyna postać, do której zbliża się reżyser, to 12-letni Samuele – bohater wątku przeplatającego się z ujęciami z życia imigrantów. Równie wiele czasu, co afrykańskim uchodźcom, twórca poświęca bowiem tradycyjnej rybackiej rodzinie zamieszkującej Lampedusę. Codzienne życie chłopca, na które składają się godziny spędzone na strzelaniu z procy, niedbale traktowane lekcje angielskiego w szkole czy drobne problemy ze zdrowiem, stanowią kontrapunkt dla niespokojnej, nieprzewidywalnej i pozbawionej intymności egzystencji imigrantów przybywających na wyspę. Rosi zestawia z sobą te dwa wątki, prezentując je niczym światy równoległe, które jednak czasami niby przypadkiem spotykają się w ledwie zasygnalizowanych punktach przecięcia – na przykład wtedy, gdy ucząc się wiosłować, chłopiec przez przypadek wpada na łodzie patrolowe straży morskiej lub kiedy orientujemy się, że bada go ten sam lekarz, który wcześniej dokonywał oględzin uchodźców. Tylko w takich krótkich momentach pęka cieniutka membrana oddzielająca pozornie odseparowane od siebie światy ludzi pochodzących z różnych kontynentów.

Ogień na morzu (Fuocoammare)

Włochy/Francja 2016, 108’

reż., scen. i zdj. Gianfranco Rosi, prod. Cinecittà Luce, Rai Cinema, Les Films d’Ici Arte France Cinéma. Berlinale 2016: Złoty Niedźwiedź

Komentuj