Homme Less

Na pierwszy rzut oka Homme Less wygląda na konwencjonalny dokument o żyjącym artyście – dokonujący przeglądu autorskiego portfolio, skupiony na osobistych maniach i ekscentryzmach portretowanego człowieka, osadzony w jego naturalnym środowisku, na tle miejskiego krajobrazu. Taki był na przykład Bill Cunningham New York (2010, R. Press). Bohaterowie obu filmów parają się fotografią modową. Ich terenem łowieckim są kulisy wybiegów i ulice Środkowego Manhattanu, gdzie roi się od potencjalnych modelek. Wyławiają z tłumu piękne twarze. Usidlają ofiary migawką. Działają agresywnie, ale z gracją. Ich spojrzenie przepoczwarza dziewczyny z sąsiedztwa w motyle. O ile jednak Bill Cunningham zapracował ciężko na miano środowiskowej ikony, o tyle osoba Marka Reaya, bohatera Homme Less, nawet znawcom tematu musi mówić niewiele.

Jak wyjaśnia wkrótce główny zainteresowany: „Fotografia to tylko hobby” – przynoszące nieregularne zyski, wybrane ze względu na kontakty zawodowe. Kilka dekad wcześniej Mark sam paradował przed kamerą. W wieku 50 lat próbuje na nowo przetrzeć szlaki w branży. Aby związać koniec z końcem, dorabia jako statysta. Sezonowo wdziewa kostium Świętego Mikołaja. Ma sztywny harmonogram dnia: wstaje przed świtem, pracuje do zmierzchu, wieczory spędza na siłowni, jest ostatnim klientem w Starbucksie. Bierze udział w wielkomiejskim biegu przez płotki. Siłą napędową jest dla niego tyleż pragnienie odniesienia sukcesu, co frustracja. Wylewa żale, że pomimo atrakcyjnej aparycji i fachu niejako gwarantującego powodzenie u kobiet nie jest w stanie zaciągnąć żadnej do łóżka. Kieruje się dewizą: „Podążaj za szczęściem, ale bądź przygotowany na życie w koszmarze”.

Homme Less to studium społecznego fenomenu; portret Nowego Jorku jako miejsca ulegającego niepokojącym transformacjom, ale także podtrzymującego – wbrew logice ekonomicznej, represyjnej polityce zera tolerancji i krajowej recesji – własny mit. Nowy Jork to miasto ufundowane na ludzkich marzeniach. Ich eksploatacją, zagospodarowywaniem i podtrzymywaniem zajmuje się odrębna gałąź przemysłu. Każdy artysta, wyrobnik i bumelant obsługiwany jest tutaj przez szereg instytucji zbijających kapitał zarówno na jego sukcesach, jak i porażkach. Pokonani przepadają bezpowrotnie w podziemnych czeluściach. Wątpliwości całej reszty rozwiewają fajerwerki z okazji Dnia Niepodległości. Panorama roztaczająca się letnim wieczorem z dachu manhattańskiej czynszówki działa jak klapki na oczy. Mieszkańcy Nowego Jorku mogą spokojnie śnić swój kolektywny sen.

Chwytliwy tytuł filmu odnosi się nie tyle do kolekcji haute couture, ile do sytuacji głównego bohatera – ponoć od pięciu lat sypiającego pod gwiazdami. Reżyser filmu, Thomas Wirthensohn, odsłania tę prawdę powoli, wzmacniając suspens, ale także świadomie konstruując postać, dodając do budowanego wizerunku kolejne fakty i niezbędne zmyślenia. Mark prezentuje się jako bezdomny z wyboru. Może liczyć na okazjonalną pomoc przyjaciół, a jego rodzina mieszka w sąsiednim stanie. Nad komfort miękkiego łóżka przedkłada jednak własną niezależność i samowystarczalność. Woli kontynuować grę pozorów. Łatwiej przychodzi mu odmówienie sobie ciepłego posiłku niż pary ekskluzywnych butów.

Homme Less nasuwa oczywiste skojarzenia z Walden, czyli życiem w lesie Henry’ego Davida Thoreau – tekstem przecież z ducha amerykańskim, figurującym na liście lektur tamtejszych szkół. Leśna głusza zastąpiona została betonową dżunglą; drewniana chatka na skraju jeziora – nagim dachem w East Village. Różnią się udzielane przez obu pionierów wskazówki dotyczące przetrwania. Niezmienne pozostały natomiast ich dylematy moralne – a także idealizm i niezłomny optymizm. Nie należy zapominać, iż zapiski Thoreau niekoniecznie pokrywały się z jego faktycznymi praktykami. Podobnie trudno zawierzyć Markowi, iż udało mu się przeżyć nowojorską zimę pod gołym niebem w nienagannie czystej koszuli. Liczy się urok romantycznego mitu, wyznawanego wspólnie i z osobna. Pozostaje tylko w niego wytrwale wierzyć. Mark jest szczęściarzem. Jak przyznaje bez ogródek: „Mam wprawę w ściemnianiu”.

Konrad Gruca

Artykuły tego samego autora