Paweł Uszyński: Elity planu? Odpowiedź Jagodzie Szelc

Podobnie jak sporo moich znajomych-filmowców natknąłem się kilka dni temu w sieci na felieton Jagody Szelc zatytułowany "Proletariat planu". Usłyszałem wiele pochwał na jego temat, byłem świadkiem licznych ukłonów do ziemi, wyrazów szacunku itd., i muszę szczerze przyznać, że zupełnie się z tymi reakcjami nie zgadzam. Postanowiłem napisać zatem kontrfelieton, w którym jako przedstawiciel jednej z filmowych grup zawodowych uznanych przez Jagodę Szelc za proletariackie samodzielnie zabieram głos i odpowiadam Autorce.

 

* Tekst powstał w odpowiedzi na felieton Jagody Szelc „Proletariat planu”.

 

Przez 10 lat zajmowałem się realizacją dźwięku na planie, od dwóch lat jestem skupiony na pracy studyjnej i na produkcji muzycznej, ale praca filmowych pionów technicznych jest mi znana bardzo dobrze. Pozostaję także w ciągłym kontakcie z ekipami filmowymi – przyjaciółmi, którzy w nich zostali, czy współpracującymi ze mną planowymi realizatorami dźwięku. Uważam, że tekst Jagody Szelc i wyrażona w nim postawa są co najmniej wątpliwe, dla mnie zaś osobiście – karygodne. Postaram się wyjaśnić, dlaczego tak myślę.

Zaczyna Szelc swój tekst szeroko, od potrzeby napisania o „scenografkach, charakteryzatorach, kostiumografkach, scripterach, techniczkach obsługi kamery i dźwięku, dyżurnych, kierowniczkach planu” i kilku innych filmowych profesjach. Tworzy się z tego bardzo pojemna kategoria, nieobejmująca w gruncie rzeczy jedynie producentów, operatorów, reżyserów i aktorów. Wszystkie osoby poza tymi właśnie są dla Jagody Szelc, jak się zdaje, „proletariatem planu”.

„Te osoby nie mają ubezpieczenia zdrowotnego”, czytam dalej, i myślę, że to prosto, ale ładnie powiedziane. Ale czy rzeczywiście trafne?

W wielu przypadkach nie, choćby dlatego, że istnieje instytucja samozatrudnienia w postaci prowadzenia jednoosobowej działalności gospodarczej i samodzielnego opłacania ubezpieczeń społecznych. Prawdziwy problem pojawia się jednak po chwili: „z telefonami pełnymi zdjęć swoich ogródków działkowych, salonów z tanimi panelami, psów na kolanach kogoś bliskiego. Często oglądasz je z nimi w przerwach na planie, żeby sprawić im przyjemność, ale też dowiedzieć się czegoś o ich życiu”.

Chciałbym wyrazić się tutaj możliwie ostrożnie, wręcz koncyliacyjnie, ale po prostu, najzwyczajniej – zdębiałem. Co ma znaczyć ten passus i za kogo uważa się Jagoda Szelc? Rozumiem, że wszystkich oprócz reżyserów, operatorów, producentów i aktorów uznała za proletariacki tłum, ale uogólnienia o tanich panelach i – tym bardziej – uwaga o tym, że ogląda zdjęcia, żeby sprawić „im” przyjemność i „czegoś się dowiedzieć o ich życiu”? To po prostu nie uchodzi.

Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że w ten sposób Szelc jasno deklaruje, że uważa się za kogoś ponad, kogoś najzwyczajniej lepszego, kto jako artystka intelektualistka nie kala się prostą pracą i kto w odruchu dobroci potrafi pochylić się nad maluczkimi, aby im sprawić przyjemność i „dowiedzieć się czegoś o ich życiu”. Brzmi to w kontekście całego przebiegu, proszę wybaczyć, jak wyimek z dziennika kogoś, kto prowadzi zoologiczną niemal obserwację. Podobnie brzmią zresztą kolejne zdania, które z jednej strony w jakiś sposób próbują uromantycznić niedolę ekip filmowych, a z drugiej dehumanizują tych, o których mowa: „nierzadko giną w wypadkach samochodowych”, „zdarza się, że są traktowani podle”, „nasze złe planowanie biorą na swoje barki i w swoje zestresowane wnętrzności” (sic!). Rzecz jasna: „nie zarabiają dużo”.

Z tą romantyczno-dehumanizującą panoramą trudno dyskutować, można jedynie zapewnić Jagodę Szelc, że ci bardziej techniczni filmowcy nie giną na drogach w sposób podobny żabom, a ich zarobki wielokrotnie zaskoczyłyby Autorkę. Nie zawsze, ale właśnie wielokrotnie, co nie oznacza, że na planach nie zdarza się podłe traktowanie czy fakt, do którego Szelc wraz z grupą stworzonych przez siebie elit wprost się przyznaje: „wymuszamy na nich pracę”. To trafna diagnoza i jest ona jedynym elementem tekstu, z którym się zgadzam.

Jagoda Szelc zdaje się mieć nikłe, w złym tego słowa znaczeniu „literackie”, pojęcie o tym, jak pracują i przede wszystkim żyją członkowie ekip filmowych.

Mimo wszystko nie funkcjonują oni w XIX-wiecznej żeromszczyźnie, którą uprawia Autorka, mają swoje rozumy i swoją godność, którą Szelc, próbując w jakiś niepojęty dla mnie sposób przywrócić czy też wspomóc, po prostu depcze.

Reżyserka zauważa też, że Vega i Niewolski rozpoczęli zdjęcia podczas pandemii i znalazły się ekipy, które poszły za nimi, ale nie umie na owe ekipy pomstować i odmawia ich oceny, bo „byłby to klasizm w wersji push-up”. Nie wiem, jaką wersję klasizmu proponuje Szelc, ale że z klasizmem mam do czynienia, przekonuje mnie to, co czytam po chwili: „z jednej strony wymuszamy na nich pracę, a z drugiej zawstydzamy ich za podjęte wybory, bo MY dokonaliśmy innych”.

„MY”, czyli, jeśli dobrze rozumiem, elity producencko-operatorsko-reżysersko-aktorskie, i „ONI” (dokładnie tak pisani!), czyli proletariat. Nie jestem pewien, czy owe samozwańcze, felietonowe elity mają moc zawstydzania kogokolwiek czymkolwiek, w tym swoimi życiowymi wyborami – ja nigdy wstydu nie odczuwałem, może co najwyżej gniew, widząc, jak ktoś próbuje w nieuprawniony sposób eksploatować moje zawodowe i życiowe zasoby, by piąć się ku „górze”, rozumianej jako „pieniądze” czy „kariera”. Czy te osoby – całe szczęście stosunkowo nieliczne na mojej zawodowej drodze – czuły się zawstydzone wymuszaniem na ludziach pracy, traktowaniem swoich ekip podle czy nieuczciwie? Nie wydaje mi się, choć byłoby to jak najbardziej na miejscu.

Nie wiem także, czemu służy zaznaczony tak grubą krechą podział i podkreślanie dystansu, który – wiemy to wszyscy – istnieje i który w przypadku Jagody Szelc jest, jak sądzę, wyjątkowo duży i niepokonywalny, ale na pewno nie buduje on zawodowej solidarności, nie jest zaczątkiem tworzenia mechanizmów wsparcia ekip, szerokiego dialogu wszelkich filmowych grup zawodowych, nie jest zaczątkiem czegokolwiek.

Ostatnia zaś fraza tekstu Szelc – „Pomyślmy czasem o NICH. Tak naprawdę” – woła w moim najgłębszym przekonaniu o pomstę do nieba. Zaczynam mieć niepokojąco realne odczucie przebywania na jakimś koszmarnym charytatywnym balu, na którym zostało wygłoszone piękne, płomienne przemówienie, a któremu nie towarzyszyła tradycyjna, choćby najmniejsza zbiórka na potrzebujących. Ba, jeszcze gorzej: być może właśnie usłyszałem „pomyślmy o nich” takie, jakie słyszymy, zapalając świeczkę na czyimś grobie.

Pytam się zatem Jagody Szelc: co to znaczy „pomyśleć o NICH”, co to znaczy „tak naprawdę”? I dlaczego tylko „czasem”? Gdzie się to myślenie zaczyna, gdzie kończy, co z niego wynika? Czy Jagoda Szelc wraz ze swoim otoczeniem producenckim, z Polskim Instytutem Sztuki Filmowej, Krajową Izbą Producentów Audiowizualnych, z kimkolwiek, planuje uruchomić jakikolwiek program pomocowy? Czy planuje włączyć się w prace taki program przygotowujący? Czy wsparła kogoś z tych, z którymi – ku ich niewypowiedzianej przyjemności – oglądała tanie panele? Czy też raczej planuje pozostać przy myśleniu, „tak naprawdę”? Czy przypadkiem nie jest tak, że Jagoda Szelc, chcąc sprawić przyjemność „proletariuszom”, nie sprawia jej samej sobie ich kosztem? Czy nie uspokaja wzruszającym tekstem sumień części filmowych producentów i decydentów, wiecznie tnących koszty i sprawdzających granice ludzkiej wytrzymałości i zawodowej godności?

Ktoś mógłby pomyśleć, że to piękne i szlachetne zamienić z kimś dwa słowa, dowiedzieć się czegoś o jego życiu, napisać o tym w felietonie; malowniczo opisać czyjąś niedolę; pamiętać o kimś „tak naprawdę”, zebrać brawa – i… właśnie, i co? Czyżby możni świata filmu, określani w opozycji do „ONYCH” jako „MY”, uspokoiwszy swoje sumienia, skomentowawszy przemówienie słowami „wstrząśnięta”, „poruszony”, „sama prawda”, mieli elegancko rozejść się do domów, czy też wstać od swoich macbooków?

Pani Jagodo, mam do Pani jedną, autentyczną prośbę. My co prawda siedzimy teraz w studiu, ale poczuwamy się do bycia częścią proletariatu, który Pani po swojemu zdefiniowała. Gdyby kiedyś przyszło nam razem pracować, proszę wiedzieć, że będziemy to robić z największą przyjemnością, ale proszę się nie silić na uprzejmą rozmowę ze mną, z montażystami dialogów, projektantami filmowych atmosfer z mojego studia. Nie lubimy pokazywać naszych tanich paneli, nie jesteśmy obiektami do obserwacji przez stworzone przez Panią w felietonie samozwańcze elity.

Zostawiamy zatem za sobą te nieszczęsne panele, wypadki drogowe, charytatywne bale i zapraszamy Panią do prawdziwej, a nie jedynie uprzejmej czy obserwacyjnej rozmowy. Rozmawiajmy, Pani Jagodo, ale rozmawiajmy… tak naprawdę?

Kłaniam się i wracam do moich robolskich zajęć!

 

fot. Karol Tomaszewski

 

Paweł Uszyński – realizator dźwięku, scenarzysta i reżyser audio, producent muzyczny, założyciel i szef warszawskiego Folia Soundstudio, specjalizującego się w dźwięku filmowym i multimedialnym.
Artykuły tego samego autora

Komentarze

  Komentarze: 9

  1. Dziękuję bardzo za tę odpowiedź, bo podobne miałem odczucia po przeczytaniu felietonu Pani Szelc. Przedstawiony sposób myślenia nieprzyjemnie skojarzył mi się z niedawną modą na wymienianie i dziękowanie „bohaterom pandemii”. Jako bohaterzy regularnie byli wymieniani lekarze, sklepikarze, listonosze i dostawcy pizzy, którym należą się dziękuję, like i share – tak jakby udostępnienie grafiki z podziękowaniem załatwiało sprawę dla źle opłacanych i wiecznie pomijanych pracowników. To przedziwna narracja, która wygodnie pomija rzeczywiste działania i zmianę.

    • Paweł Uszyński

      Cieszę się, Panie Łukaszu, że udało mi się szybko zebrać myśli, które miało wiele osób i że redakcja „Ekranów” była tak przychylna publikacji!

  2. Szanowny Pan chyba nie ma pojecia o pracy proletariatu. Szczegolnie tego plci żenskiej w tej branzy. Poczul sie urazony i postanowił dowalic „babie” … zabolało meskie ego…

    • Paweł Uszyński

      Proszę Pani, przez 10 lat pracowałem na planach filmowych, w tej chwili pracuję w studio jako podwykonawca branży filmowej, między innymi wskutek wieloletnich przeciążeń i choroby kręgosłupa. Etos i warunki ciężkiej, fizycznej pracy po kilkanaście godzin znam aż za dobrze, proszę mi wierzyć. Straciłem na tym kawał zdrowia i swoje najlepsze lata.

  3. Pracuje jako proletariat. Tak, nie mam ubezpieczenia, robię za głodowe stawki. Mieszkam w wynajetym pokoju w mieszkaniu z innymi takimi jak ja. Nie mam zdolnosci kredytowej, z mojego wynagrodzenia nie stac mnie na ZUS. Prowadzilam dzialalnosc za znizkowy zus, teraz.musiala bym acic 1500 zl. Nie stac mnie z mojej smieciowki na ZUS ani na odlozenie kilku zlotych. Moja stawka nijak sie ma do stawki aktorow, dzwiekowcow, resyserow, kamerzystów itd. Wam sie wydaje ze na planie pracują tylko te grupy zawodowe? A kto po was sprząta,kto po was układa, kto lata na posyłki. My w tej chwili umieramy z glodu. A wy sie klocicie o nomenklature. Osmieszacie sie jednkni drugie!!!!

    • Paweł Uszyński

      Bardzo się cieszę, że zabrała Pani głos. BARDZO. Czymkolwiek się Pani zajmuje, proszę znaleźć moje studio w Internecie, napisać nam maila. Teraz sami jesteśmy uwiązani i w nieciekawej sytuacji, ale kiedy ruszymy z miejsca, jeśli nie sami, to chętnie komuś Panią polecimy. Serio, proszę do nas napisać, znaleźć nas łatwo: Folia Soundstudio!

  4. Żenujący tekst Panie Pawle. Trzeba wyjątkowej nieufności i ignorancji by zarzucić Jagodzie Szelc klasizm. Wyjściowy felieton nie ma intencji polaryzowania pionów filmowych i kompletnie nie odbiera nikomu godności. Reżyserka pisze o własnym doświadczeniu i także o własnych znajomościach – nie rozciąga jednak tych przykładów na całą branżę i nie sprowadza osób z pionów technicznych do miłośników tanich paneli. Pana tekst mówi niestety więcej o Pana własnych kompleksach niż o tekście Szelc.

  5. Mam wrażenie, że autor tekstu jest agresywnie nastawiony do pani Szulc i choć ma absolutne prawo nie zgadzać się z nią to forma jaką przybrał, żeby polemizować z jej tekstem jest według mojego odbioru lekko prześmiewcza i nie posiada konkretnych kontargumentów i przykładów. Liczyłam na tekst bardziej dojrzały, z dystansu, bez emocji…. Niestety po tym tekście dochodzę do jednej konkluzji,że jednak „syty głodnego nie zrozumie” – skoro ja dobrze w tej branży zarabiam, skoro trafiam na plany na których wszystko gra jak w szwajcarskim zegarku to nie wierzę, nie widzę i nie słyszę o planach, gdzie są liczne niedociągnięcia, które naprawia się poprzez naginanie wielu zasad kosztem ekipy, że są grupy czy jednostki gorzej opłacane a wcale nie mniej zdolne i wcale nie mniej pracowite…. I nie oszukujmy się, że wszyscy na planie zaczynają i kończą o tej samej godzinie, że jesteśmy równo traktowani i w sumie to mamy raj na ziemi i śmiemy na ten raj narzekać. Czasem warto szerzej otworzyć oczy…..

  6. a ja się z Panem zgadzam. teskt podstawowy dobrze sie czyta, rozbudza emocje. Pozostawia wrażenie, że autorka odsłania jakieś kulisy o biednych i źle traktowanych, poniżanych- a ja to widzę i odsłaniam, apeluję do innych o ROZWAGĘ/ DYSKUSJĘ ale co z tego? też odniosłam wrażenie, że autorkę średnio obchodzą ludzie jako jednostki a raczej robi to z niejasnych powodów bo ogladanie paneli to jakby coś ” poniżej „. ludzie na tych zdjęciach są prawdziwi, a szczęśliwym i piękne życie można mieć w każdych warunkach- ale może mamy rozumieć, że ci, co mają ubezpieczenie widzą innych na planie przez pryzmat ich zdjęć na telefonie? a sami wiszą na chłonąc sztukę wysoką? nie myślę, że każdego da się poznać i z każdym zaprzyjaźnić, nie myślę też,że taki jest cel pracy wspólnej , ale rozumiem Pana Pawła apelującego o skupienie się na wspólnej pracy z nie podejrzanej wspólnocie z pozycji MY/ONI. pozostaje mieć nadzieję, że autorka na swoim planie dba o prawo pracy, szanuje czas zdjęciowy i walczy o zdrowie pracowników. że dla niej nie film jest najważniejszy. bo jeśli tak nie jest – to tekt jest faktycznie niczym tekst wzruszonej turystki , która po powrocie do klimatyzowanego hotelu opowiada współtowarzyszom safari jakich to biednych ludzi widziała w wioskach po drodze i tacy nadzy byli,że nawet paneli nie mieli….

Komentuj