Jagoda Szelc: Wiem, gdzie stoję

Jestem wdzięczna Pawłowi Uszyńskiemu za jego polemiczny głos. Kontynuacja tej dyskusji jest dla mnie bardzo ważna i cieszę się, że znalazła wyraz w zaangażowanym tekście. 
* Niniejszy tekst domyka polemikę wokół felietonu autorki „Proletariat planu” i jest reakcją na artykuł Pawła Uszyńskiego „Elity planu? Odpowiedź Jagodzie Szelc”

 

Napisałam felieton w bardzo określonym momencie i w bardzo określonym celu. Nie miał on formułować wyczerpującej diagnozy całej sytuacji przemysłu filmowego w Polsce. Tekst powstał w reakcji na wiadomość, że w czasie pandemii mimo obostrzeń dwa plany filmowe wciąż pracowały. W wielu internetowych dyskusjach pojawiła się ostra krytyka pracowników technicznych, którzy zgodzili się pójść do pracy pomimo zagrożenia ich zdrowia i życia. Postanowiłam sprzeciwić się jej i wskazać, że nie wszystkie grupy zawodowe mogły zostać w domach na obowiązkowej kwarantannie. Członkowie pionów technicznych wspomnianych produkcji mogli podjąć taką decyzję także pod wpływem przymusu ekonomicznego.

Skąd to przypuszczenie? Czy możliwe, że doszło w tym przypadku do „wymuszania pracy” w nieodpowiednich warunkach i bez wystarczających zabezpieczeń zdrowotnych, socjalnych czy psychologicznych? Czy możliwe, że to przejaw, jak pisze Paweł Uszyński, „podłego i nieuczciwego traktowania ekip”, „wiecznego cięcia kosztów i sprawdzania granic ludzkiej wytrzymałości i zawodowej godności”? Po opublikowaniu felietonu dowiedziałam się o kilkunastu kolejnych przypadkach rażących nadużyć, o których pisali do mnie pracownicy i pracowniczki filmu. Nie mam pojęcia, czemu mój polemista uważa, że wspominanie o przemęczonych pracownikach, którzy padają ofiarami wypadków, odbiera im godność i ich dehumanizuje.

Nie istnieje ludzka zbiorowość, w której nie występują żadne konflikty, podziały czy stosunki władzy. Najzdrowsze społeczności to te, które odważnie je nazywają i próbują sobie z nimi wspólnie poradzić.

W trakcie pandemii podział My‒Oni stał się bardzo jaskrawy i określał różnicę między tymi, którzy zamknięci w domach mogli pozwolić sobie na pracę zdalną lub chwilę przerwy, a tymi zmuszonymi do codziennego – czasem nawet wzmożonego – wysiłku w warunkach zagrożenia.

Należę do tej pierwszej grupy, dlatego uważam za swój obowiązek – również w kontekście produkcji filmowych – pamiętanie, że istnieje liczna grupa osób w całkiem innej sytuacji. Nie wytworzyłam podziału na My i Oni, zaledwie wskazałam, że takie podziały już istnieją, a silne reakcje, zarówno polemiczne, jak i aprobujące, tylko upewniają mnie, że jest to stan faktyczny.

„Proletariat” oznacza dla mnie pracowników, którzy muszą wykonywać pracę, nie mając wpływu na jej warunki. „Proletariat” nie ma nic wspólnego z „robolami”. To ostatnie słowo jest pogardliwym określeniem robotnika i nie odpowiadam za to skojarzenie. Dla mnie robotnicy, ludzie pracy są proletariatem dlatego, że dźwigają na swych barkach największe ciężary tego systemu, a często niewiele za to dostają. W trakcie pandemii nazywa się ich często essential workers, podkreślając, że bez nich cały system po prostu by się zawalił. Podobnie jest też w świecie filmu, gdzie pracownicy techniczni zapewniają fundamentalną stabilność produkcji, choć często nie czerpią z niej dostatecznych zysków ani symbolicznych, ani ekonomicznych.

W moim światopoglądzie bieda nie jest cechą osobowości, nie jest czymś decydującym o wartości człowieka czy o jego tożsamości, a dostrzeganie czyjejś trudnej sytuacji ekonomicznej nie ma na celu zawstydzania kogokolwiek.

Jest to określenie położenia ekonomicznego, które nie wynika tylko z indywidualnych decyzji. Pisząc o biedzie, krytykuję nie ludzi, lecz system, decyzje i praktyki, które do niej prowadzą. Jak mielibyśmy mierzyć się z faktem, że niektórzy spośród nas znajdują się w gorszej sytuacji, jeśli nie będziemy o tym mówili? Nienazywanie problemów jest sposobem na ich tabuizowanie, a w konsekwencji pogłębianie. Ludzka krzywda nie zmniejszy się od tego, że wszyscy naokoło będziemy sobie powtarzać, jak jest świetnie.

Ja też przez ostatnie 10 lat zajmowałam się różnymi rzeczami na planie: pracowałam jako dyżurna, tyczkarka, dźwiękowczyni, asystentka, druga reżyserka, montażystka; prowadziłam też samochody na planach. Widziałam i doświadczyłam wystarczająco dużo, żeby nie przyjmować na wiarę opowieści o wspólnotowej pracy i równości na planie. Wolę to sprawdzać, upewniać się i mówić o tym, co uważam za nieakceptowalne.

Od kiedy zaczęłam robić filmy jako reżyserka, staram się tworzyć możliwie równościową atmosferę na planie i zastanawiać się nad tym, co zrobić, żeby wszyscy ludzie, z którymi pracuję, czuli się dobrze.

To miałam na myśli, pisząc o sprawianiu komuś przyjemności. Chcę to robić zawsze i zawsze się nad tym zastanawiać. Mam nadzieję, że moje działania mówią same za siebie. Może lepiej niż felietony. Wiem, gdzie stoję.

I też mam pytania. Czy nie jest tak, że łatwiej protestować przeciwko formie i stylowi tekstu niż sytuacji realnego wyzysku, który on opisuje? Że łatwiej nie zgadzać się z poszczególnymi sformułowaniami niż z systemową opresją? Jak to jest, że ludzie, których ona, jak sami twierdzą, nie dotyczy, poczuli się tak bardzo dotknięci? Skoro to nie o was, bo wasze praktyki są ok albo dobrze sobie radzicie – bardzo się cieszę. Byłam też na takich planach. Może jednak nie ma sensu obrażać się w imieniu tych, którzy radzą sobie gorzej? Ja nie chciałabym ich uciszać powtarzaniem mantry o idyllicznej wspólnocie. Rzucać komunałów o tym, jak bardzo się kochamy i jak bardzo jesteśmy zjednoczeni. Zawodowa solidarność to efekt ciężkiej pracy i nierzadko walki, a nie coś, co spadło z nieba i już zawsze towarzyszyć będzie twórczym zawodom.

Jedną rzecz na pewno zmieniłabym w swoim tekście. W przedostatnim zdaniu nie powinno być: „pomyślmy czasem o NICH”, lecz „zawsze”. Zawsze myślmy i zawsze głośno mówmy. Dziękuję wszystkim, którzy znajdą czas, by czytać i się zastanawiać. A może nawet wspólnie działać.

 

Komentarze

  Komentarze: 5

  1. Paweł Uszyński

    Dziękuję „Ekranom” jeszcze raz za możliwość tej polemiki i żałuję, że Redakcja odmówiła publikacji mojego drugiego tekstu bez zapoznania się z nim. Myślę, że symetria w dyskusji byłaby tutaj rzeczą pożądaną, ale rozumiem też naturalną przewagę Jagody jako stałej Autorki magazynu.

    Pozostaje mi wkleić swój głos, w którym odpowiadam między innymi na zadane mi przez Jagodę Szelc pytania, na które nie miałem możliwości odpowiedzieć na łamach:

    https://www.facebook.com/uszynski1/videos/10219946982097471/

  2. Krzysztof Kasior

    Dlaczego pan Paweł Uszyński nie dostał możliwości odpowiedzi na łamach pisma/portalu? Czyżby pani Jagoda miałaby mieć ostatnie zdanie w tej sprawie? Bardzo chciałbym przeczytać tekst pana Uszyńskiego ponieważ uważam, że tekst pani Szelc był niemerytoryczny, oderwany od rzeczywistości i obrażający profesjonalistów , z którymi pracujemy.

  3. Marcin Mrozowski

    A ja cieszę się, że Redakcja odmówiła publikacji odpowiedzi na odpowiedź. Posłuchałem jej na profilu Pana Pawła Uszyńskiego i sądzę, że absolutnie nic nie wnosi do tematu, za to poziomem odbiega od ogólnie przyjętych standardów. Byłoby niestosowne, by pojawiła się na łamach „Ekranów”, bo znaczyłoby to, że dziś już naprawdę wszystko można opublikować. Najwyraźniej ktoś w Redakcji ma dobrą intuicję albo dar przewidywania. Ale do rzeczy. Odpowiedź Pana Pawła Uszyńskiego opiera się głównie na sportowym czepianiu, łapaniu za słowa, próbach ośmieszenia drugiej strony, praktykach dalekich od rzeczowej dyskusji czy po prostu rozmowy. Wyjątkowo żenujący jest komentarz do stwierdzenia, że ludzie nie mają wpływu na warunki, w jakich pracują. Panie Pawle, naprawdę Pan uważa, że Pani Jagodzie Szelc chodziło o warunki pogodowe? Odpowiedź miała być chyba zabawna, taka fajna i błyskotliwa, ale niestety stała się rubaszna, wręcz chamska. Słuchając jej miałem wrażenie, że na parę minut cofnąłem się do szkoły podstawowej, a Panu Pawłowi Uszyńskiemu ktoś nie spodobał się na szkolnym korytarzu, więc postanowił mu słownie odwinąć. Ot tak, bez konkretnego powodu, dla czystej zabawy i rozrywki. Można nie podzielać poglądów innych i się spierać, nawet dość ostro ścierać, ale na pewno nie w ten sposób. Są granice.

    • Paweł Uszyński

      Panie Marcinie,

      nie będę Pana rzecz jasna przekonywał do swoich racji, szanuję Pańską postawę. Starałem się dysktować mocno, ale merytorycznie i na pewno nie było moim zamierzeniem „czepianie się słówek”. Nadmienię też, że redakcja odmówiła publikacji BEZ ZAPOZNANIA SIĘ Z TEKSTEM, zaznaczając, że na odpowiedzi Jagody Szelc polemika się kończy. Myślę, że jeśli wypowiadamy w przestrzeni publicznej słowa, stawiamy tezy, definiujemy pojęcia, bierzemy za nie odpowiedzialność i jesteśmy gotowi na polemikę. Starałem odnieść się do konkretnych fragmentów tekstu Jagody Szelc, kierując się zdrową w moim przekonaniu Wittgensteinowską zasadą, że granicami naszego świata – szczególnie w przypadku tekstu pisanego – są granice naszego języka. Do języka, do konkretnych tez i sformułowań mogłem się odnieść i to też uczyniłem. Pozdrawiam!

  4. Marcin Mrozowski

    Panie Pawle, ostatecznie liczy się efekt, a ten dyplomatycznie rzecz ujmując najlepszy nie jest. I choć zapewnia Pan, że nie chciał łapać za słowa, to jednak Pan łapał. Na pewnym poziomie to nie przystoi. A dodatkowo rodzi poważną wątpliwość, co do intencji, nie mówiąc już o osłabieniu i tak śladowych merytorycznych odniesień. Proszę mi nie tłumaczyć, iż dyskusja jest wpisane w życie, wiem to, chyba każdy to wie. I nie to jest naganne, że Pan próbował wejść w polemikę, ale to w jaki sposób Pan to zrobił. Apeluję o zachowanie pewnych standardów i elementarnej kultury. Wiem, że Redakcja odmówiła Panu publikacji odpowiedzi, bez zapoznania się z treścią i dlatego napisałem, że ktoś w tej Redakcji ma intuicję albo dar przewidywania. Bo odrzucono tekst, który nie powinien się na łamach „Ekranów” ukazać i zrobiono to bez czytania. Dobrze się stało i jestem za to wdzięczny Redakcji. Zastanawiam się też, tak zupełnie na koniec, czy powoływanie się na Wittgensteina w Pana sytuacji, choć jest bardzo efektowne, nie działa jednak na niekorzyść? Bo jeśli sprowadzilibyśmy Jego zasadę do: jestem tym, co mówię i posłuchali Pana odpowiedzi na odpowiedź, to moglibyśmy dojść do zaskakujących i jednak mało sympatycznych wniosków.

Komentuj