Co widać? Wprowadzenie do porno

„Nie podejmę się prób zdefiniowania przedmiotu dzisiejszego postępowania, lecz gdy tylko to widzę, to wiem, o czym mowa” – tak w 1964 roku o pornografii powiedział sędzia amerykańskiego Sądu Najwyższego Potter Steward. Do dziś to być może najlepsza z definicji porno, bo poddająca się w obliczu tego, co niedefiniowalne. A jednocześnie ujmująca fakt, że porno po prostu trzeba na własne oczy zobaczyć. Z pewnością gorszą teksty, gorszą opowiadania i piosenki, ale w ostatnim stuleciu to właśnie to, co widać, utożsamiono z gorszeniem ostatecznym. O porno rozbijały się największe kampanie cenzorskie, wojna z pornografią napędzała amerykański feminizm, zakaz rozpowszechniania hard core i trzymanie w ryzach obrazów seksu służył w różnych okresach właściwie wszystkim. 

Dziś mniej już jednak zajmujące jest pytanie o to, czy porno zakazywać, ale raczej co zrobić, skoro jest ono wszechobecne. Lub tak się przynajmniej wydaje, bo o pornograficzność oskarżano w ostatnich latach już prawie wszystko: gry wideo, komiksy, przedstawienia teatralne i performanse, wystawy, animacje, instalacje, reklamy i oczywiście filmy. Czy te zarzuty były słuszne? Na to pytanie odpowiedzieć wprost nie sposób. Za często zmieniały się kryteria, zbyt nieuchwytne są odczucia i sądy estetyczne, a prawo nie dość precyzyjne. Można jednak na tej podstawie zrobić coś innego: opowiedzieć fascynującą historię porno – od zakazu do przyzwolenia, od płaskorzeźb i rycin do Internetu i animacji 3D, od zamkniętych szczelnie ksiąg i sekretnych gabinetów do wielkich festiwali i miliardowego biznesu.

Fallusy z Pompejów

Pierwsza nić tej opowieści to historia tego, co można było zobaczyć i co lepiej było ukryć. Zaczyna się ona od XIX-wiecznych wykopalisk w Pompejach i związanych z tym ekscytacji i szoku. Zauważono bowiem, że ściany domów starożytnych były pokryte freskami, które urągały wszelkim standardom ówczesnej przyzwoitości. Co z nimi zrobić – ktoś musiał wtedy stawiał to pytanie, które było tym samym pytaniem o to, jak je właściwie oglądać. Albo nie oglądać. Kompromisem, rozwiązaniem prawdziwie nowoczesnym, a jednocześnie odpowiednim dla ducha wiktoriańskiej epoki, okazało się zamknięcie obrazów w gabinecie neapolitańskiego muzeum. Stworzenie osobnej kolekcji, wydzielonej i trzymanej pod kluczem, owego Muzeum Sekretnego – które pozostało do dziś trafną metaforą pornografii jako takiej.

Do Sekretnego Muzeum wstęp mieli bowiem tylko dorośli, dobrze urodzeni mężczyźni. Obscenę – to, co poza sceną, poza widzeniem, a paradoksalnie, właśnie w centrum skoncentrowanych spojrzeń – można było do woli konsumować w imię poznania, w imię wiedzy i rodzących się wówczas nauk o seksualności.

To właśnie dlatego, żeby przybliżyć niemieckich i angielskich dżentelmenów do osobliwości antyku drukowano bogato ilustrowane katalogi zbiorów Sekretnego Muzeum. To na stronach tych szacownych woluminów można było zobaczyć słynne przedstawienie rzeźby, w której widać było mężczyznę uprawiającego seks z kozą. Za drobną opłatą w samym sekretnym gabinecie można było zobaczyć wiele więcej. Kontekst muzeum i cała praca klasyfikowania, oddzielania i opisywania obiektów od początku miała gwarantować, że nie ogląda się ich jedynie dla wulgarnego podniecenia, przynajmniej nie jawnego. I aby upewnić się, że tak już zostanie, ze wstępu do Sekretnego Muzeum zostały wyłączone kobiety, dzieci i niższe klasy – wszyscy, którzy nie mieścili się w kategorii „dojrzałych osób”, jak rozumiała je tamta epoka. A zatem ci, którzy – jak myślano – nie mogliby się powstrzymać, których umysły były podatne na deprawację, których seksualność nie powinno się rozbudzać, bo i nie dałaby się wówczas kontrolować.

Przykład Sekretnego Muzeum najlepiej pokazuje powstanie nowoczesnej pornografii. Z jednej strony dzięki odkryciu starożytnych wizerunków seksu powróciły w obręb kultury zachodniej obrazy przyjemności oglądane po prostu dla przyjemności – otwarcie przez starożytnych, a skrycie przez wiktorian. Z drugiej, pojawiła się pilna potrzeba kontrolowania, pilnowania i regulowania tych rzeźb, obrazów lub grafik, które uznawano za groźne – to z tej potrzeby powstała kategoria pornografii, oznaczająca to, przed czym trzeba chronić oczy niepowołanych. Wreszcie, to być może od katalogów Sekretnego Muzeum wzięła się późniejsza forma wszystkich pornograficznych kompilacji: dużo aktów, mało tekstu, jasny podział na kategorie. Wszystko, co można w dalej chwili pokazać – naraz i widoczne jak na dłoni.

salo

Nitro-waginy

W ciągu 50 lat od powstania zamkniętej kolekcji Muzeum Neapolitańskiego, czyli do końca XIX, wieku – dokonała się pierwsza medialna rewolucja. Upowszechniła się fotografia i kolekcjonowanie zdjęć, które było tylko przedłużeniem wcześniejszego upodobania do kolekcjonowania pocztówek. Powstał film – pasja, którą, obok teatrów cieni i eksperymentów z grą świateł lub obrazów, upodobali sobie XIX-wieczni mieszczanie. I tu, i tam pornografia świetnie się odnalazła. W wypadku fotografii istniały już gotowe wzorce, przeniesione właśnie z pocztówek – obrazy „egzotycznych” tancerek, sceny zbiorowe inspirowane antykiem, prezentacje „teatralnych” kostiumów i cyrkowych postaci. Pisma zbierające wszystkie te zdjęcia i prezentujące całe ich kolekcje, wzorując się na żurnalach mody, były pierwszym i wysokim zarazem wcieleniem pornografii. Wysokim, w tym sensie, że podobnie jak Sekretne Muzeum były adresowane do klas wyższych  i obiecywały coś więcej niż podniecenie.

Trochę inaczej było z filmem – ten nie miał ustalonych kanonów, więc pierwsze pornograficzne produkcje dopiero próbowały odnaleźć swój styl pokazywania ciała. Uchodzący za pierwszy z pierwszych filmów z nagością w roli głównej, Après le bal z 1897 przedstawia jedynie minutową scenę kąpieli, ale już 10 lat później ujawni się w krótkich metrażach zarys pewnych konwencji, które zostaną z porno na zawsze. W tych wydających się niezdarnymi próbami stag films (filmów dla kawalerów) nie brakowało bowiem aluzji do bieżącego życia społecznego czy polityki, ironii, zamysłu i kulturowych odniesień. Ograniczenia stanowiła raczej sama forma filmu – krótkie, czarno-białe taśmy i brak dźwięku skłaniały jednak do przekroczeń wszystkich innych barier.

Tak było choćby w El Satario, argentyńskim filmiku, nakręconym między 1907 a 1912 rokiem – choć i data, i miejsce produkcji wciąż są dyskusyjne – który nie tylko wpisuje mitologiczną fabułę o satyrze i nimfach w opowieść o kobiecym pożądaniu, które może się zrealizować tylko poza regułami mieszczańskiego życia, ale jest także eksperymentem formalnym – statyczne, inspirowane klasycznym malarstwem kompozycje kadrów mieszają się z ekstremalnymi zbliżeniami, które staną się później synonimem filmu porno i wyznacznikiem hard-core jako gatunku filmowego. W tak wczesnych filmach, jak niemiecki Am Ambend z 1910 ugruntowały się też konwencje i choreografia aktów seksualnych – mastrurbacja, fellatio, penetracja, wszystko w voyeurystycznym schemacie, w którym mężczyzna, bohater filmu podglądający kobietę, w końcu dołącza do niej i z widza staje się aktorem. Sceny inne niż heteroseksualne pojawiały się prawdopodobnie równie wcześnie, choć trudniej dziś o zachowane kopie i ich dokumentację. Stąd za pierwszy gejowski film pornograficzny uważa się Le ménage du Madame Butterfly, wyprodukowany we Francji około roku 1920.

Wtedy też, na etapie stagu, pornografia filmowa – w przeciwieństwie do wcześniejszych żurnali z aktami czy erotycznych dagerotypów i fotografii, namiętnie kolekcjonowanych także przez kobiety – stała się rozrywką jednoznacznie męską. Nie dlatego jednak, że tylko do mężczyzn trafiały pierwsze fabuły, ale też z powodu tego, jak porno było oglądane. Działo się to bowiem w męskich klubach i burdelach, przy towarzyskich spotkaniach i w gronie, które mogło sobie pozwolić instalację projektora filmowego. Siatka powiązań, która pozwalała obejść obowiązujący w Ameryce zakaz przewożenia „obscenicznych” produkcji przez granice stanów, utworzyła z kolei ekskluzywnie męski obieg i sposób dystrybucji daleki od powszechnej i łatwej dostępności porno dziś. Ale zanim tak naprawdę powstał pornograficzny mainstream, pornografia musiała przejść przynajmniej dwie rewolucje – kinową i telewizyjną.

Wolność łechtaczek

Druga nić historii porno to opowieść o technologii i mediach. Taniejące kamery i film, istniejąca i rozwijająca się sieć dystrybucji, a także niesłabnące zapotrzebowanie spowodowało, że w latach 50. XX wieku w Ameryce każdy szanujący się pornograf chciał nie tylko sprzedawać zdjęcia czy pisma spod lady, ale kręcić własne filmy.

Paradoksalnie nie przeszkadzał w tym moralny rygoryzm epoki, bo w Ameryce bano się bardziej zagrożenia komunistycznego (i to „czerwonym” przypisywano wszystko, co najgorsze, łącznie z próbą rozmiękczenia moralności narodu za pomocą porno). Obawiano się raczej komiksów, trawki, podłej literatury i homoseksualistów, niż rodzimej, zdrowej erotyki. Powstające wtedy „Playboy” i „Hustler” zajęły więc wygodną pozycję w głównym nurcie, a otwarcie pornograficzne pisma i wytwórnie filmów tylko skorzystały z większego przyzwolenia.

To jednak wciąż drugi obieg. Porno, by zawładnąć wyobraźnią, musiało wejść tam, gdzie tworzyła się ta wyobraźnia. Musiało postawić stopę w fabryce snów i wkroczyć do kina. Udało się to najlepiej Gerardowi Damiano, reżyserowi Głębokiego gardła, które weszło na ekrany w 1972 roku. W przeciwieństwie do popularnego wyobrażenia, nie był to jedynie „hard-core’owy pornol”, ale też komedia – i temu właśnie zawdzięcza swój olbrzymi sukces. Fabuła o kobiecie, która nie mogła odczuwać przyjemności, dopóki nie odkryła, że jej łechtaczka jest umiejscowiona w gardle, została oparta na przynajmniej tuzinie seksistowskich tropów. Ale jednocześnie był to być może pierwszy film porno, który bez zażenowania oglądały pary i samotne kobiety. Głębokie gardło dopisywało humorystyczny wymiar i bezczelne skupienie się na przyjemności (także kobiecej) do tego, co w kinach było już wcześniej obecne dzięki produkcjom europejskim, w tym francuskiej Nowej Fali – nagości, intymności, pożądania i pięknych ciał.

Deep-Throat

W Europie główny nurt stanowiła raczej Emmanuelle (1974, J. Jaeckin), a pornografia hard-core nie wkroczyła do kin i oficjalnego nurtu. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych porno, dzięki połączeniu komizmu i formalnych eksperymentów, ciekawych soundtracków i moralnego rozprężenia po latach 60., jeszcze przez kilka kolejnych sezonów okupowało kina, czego dowodem była także kariera Behind the Green Door, który równolegle z Głębokim gardłem podbijał serca widowni.

To była zapowiedź porno-chic, czyli dekady, kiedy porno było w Ameryce po prostu modne, kiedy można było już spokojnie na seksie zarabiać. Wolna miłość epoki hipisowskiej świetnie przygotowała grunt pod „wolnorynkową miłość”, a dopóki coś było legalne i sexy – nikt nie widział problemu. Nie znaczy to, że porno podobało się wszystkim, ale poszukiwanie nowych opowieści o seksie, mocowanie się z konwencjami kina i zaistnienie w debacie nowych tematów: antykoncepcji, kobiecej przyjemności i aborcji – powodowało, że cenzurowanie porno było rozumiane także jako zamach na wolność. Tak widziały to też ówczesne feministki. W tych latach Kate Millet pisała, że „seks ma często pomijany aspekt polityczny”, a inne badaczki dopowiadały: „Tak, i w krytyce powinno chodzić o to, co stoi za pornografią, a nie same porno”.

W latach 70. niczym egzotycznym nie były feministyczne relacje z seansów i przeglądów filmów porno – szukano tam ciekawych scenariuszy, wiarygodnych opowieści o kobiecej rozkoszy, narracji podważającej konserwatywne wyobrażenia o pasywnych kobietach i małżeńskim szczęściu. Ellen Willis, która w „New York Review of Books” recenzowała premierowy pokaz Głębokiego gardła rozpoczęła swój tekst od stwierdzenia, że „coraz trudniej dziś o dobry głos w sprawie pornografii”. I kontynuowała, mówiąc, że obecny kształt filmu porno wynika w równym stopniu „ucieczki od wiktoriańskiej moralności” (dobrze), co z przejścia w tryb „hedonistycznego kapitalizmu w ramach mizogińskiej kultury” (źle). Willis podsumowywała swój esej, mówiąc o własnej fantazji „nakręcenia porno-epiki dla kobiet”.

Emmanuelle 2

Fellatio z VHS-em

Coś się zmieniło w latach 80. XX wieku, gdy zaplotła się trzecia nić – feminizmu, wojen kulturowych i „polityki porno”. Trwała już nowa epoka, zapoczątkowana przez kolejną technologiczną innowację – wideo. Dzięki technologii VHS nie tylko można było oglądać filmy komfortowo, we własnym mieszkaniu, ale też kręcić własne, a także wymieniać się ze znajomymi kupionymi w licznych sklepach nowościami. Każdy element tej rewolucji był osobnym przewrotem – wszystkie razem złożyły się na „złotą erę”. Ale także wtedy powstał ruch Women Against Pornography, a Andrea Dworkin zasłynęła twierdzeniem, że każdy stosunek heteroseksualny to przemoc. To wtedy slogan Robin Morgan, mówiący o „porno jako teorii, a gwałcie jako praktyce”, był elementem mainstreamemowej debaty. To także wtedy faktycznie udało się zakazać produkcji heteroseksualnej pornografii (bo z mniejszościową zazwyczaj nie było tego problemu, zakazana była po prostu domyślnie). Porno było bardziej popularne niż kiedykolwiek, ale jego upowszechnienie i zsunięcie się woalu wstydu napotkało bardzo zdecydowany opór. Często słuszny, ale jednocześnie bardzo pryncypialny.

Może dlatego, że wszystko to działo się w realiach kulturowego „backlashu” – powrotu konserwatywnych norm po czasie wyzwolenia – który tak dobrze opisała Susan Faludi w swojej książce Reakcja. Niewypowiedziana wojna przeciw kobietom, mówiąc o całej dekadzie lat 80.

To więc w sojuszu z politykami nienawidzącymi gejów, lesbijek, seksu i kobiet zrealizował się sojusz feminizmu radykalnego z głównym, konserwatywnym nurtem, który umożliwił dotychczas najszerszą i najskuteczniejszą we wprowadzaniu cenzury dyskusję o porno.

Mimo pierwszych sukcesów, antypornograficzny nurt feminizmu poniósł spektakularną porażkę, po tym, co mogło wydawać się najskuteczniejszym sojuszem strategicznym – ze starymi, białymi mężczyznami u władzy, ostatnią grupą, która zdawała się podatna na argumenty ruchów kobiecych.

Ostatecznie feminizm utożsamiono bowiem z jego antyseksualną, radykalną częścią, ze skłonnością działaczek do wchodzenia w układy z konserwatystami, by osiągnąć doraźny cel, z członkiniami ruchu zgadzającymi się na rezygnację z całego feministycznego i emancypacyjnego pakietu. Wygrał konserwatyzm, bo nie miał nic do stracenia – promując wartości od zawsze zamknięte, od zawsze antyseksualne, od zawsze przesiąknięte dziwną mieszanką hipokryzji i całkiem szczerej dewocji.

Kobieca rozkosz

Po latach 80. XX wieku koło tej historii zaczęło się kręcić jeszcze szybciej. W 1988 roku Linda Williams, kalifornijska filmoznawczyni, opublikowała przełomową książkę Hard-Core, gdzie postawiła budzącą kontrowersje do dziś tezę, że porno to pierwszy gatunek filmowy obsesyjnie skupiony na kobiecej przyjemności. Działo się to dlatego, że tak trudno było ją pokazać. Niełatwo bowiem zapomnieć ostatnią scenę z Głębokiego gardła, która obrazowała orgazm Lindy Lovelace połaczony z wizerunkiem startującego promu kosmicznego i odgłosem kościelnych dzwonów. Równolegle do książki Williams powstały pierwsze kobiece studia filmowe kręcące porno, uaktywniły się reżyserki takie, jak Candida Royalle, której produkcje w połowie lat 90. XX wieku nie były już nowatorskimi próbami, ale klasyką. Powstał popyt na porno kobiece i feministyczne. Pisano płomienne manifesty broniące prawa do porno, które tworzyły Wendy McElroy czy Pat Califa. Panika związana z epidemią HIV także odrobinę zelżała i łatwiej było o nowe pornografie mniejszościowe, czasem idące ręka w rękę z nowymi „kobiecymi” produkcjami, czasami jawnie sprzeciwiające się ugrzecznieniu i konformizmowi, który zarzucano właśnie Candidzie Royalle.

Lata 90. XX wieku to także prawdziwa porno-transformacja w naszej części Europy – nowe rynki, upadający mur, pęd do mitycznego Zachodu i popularność kablówki spowodowały, że przez kilka lat wydawało się nawet, że szalejący niemiecki i węgierski przemysł porno zagrozi dominacji Ameryki na polu produkcji niegrzecznych filmów.

Porno adaptowało też z prędkością światła każdą nową technologię: porno-dyskietki i płyty-cd, magnetowidy i odtwarzacze DVD, sieci www i seks-telefony – wszystko to zbudowało całkiem prężny rynek, tym ciekawszy po tej stronie oceanu, że chłonący wszystko z niespotykanym apetytem. Okazało się to ledwie wstępem do kolejnej rewolucji -, jaką stał się szerokopasmowy Internet, sieci p2p, streaming wideo i zawrotna kariera urządzeń mobilnych.

Przyszłość onana

Impuls do rewolucji dała znów Ameryka – legalnie działający tam porno-biznes szybko dostrzegł w Intenecie potencjał docierania do nowych odbiorców, kusząc ich krótkimi fragmentami filmów i proponował prenumeraty „tylko dla członków”. System wydawał się od początku sprawny, choć jednocześnie cała branża siedziała na bombie z opóźnionym zapłonem – Internet nie chciał się komercjalizować, nie chcieli tego przede wszystkim użytkownicy i użytkowniczki, klikający na złość korporacjom i dostawcom usług.  Wielkie biznesy upadły w internetowej bańce roku 2000, porno miało się świetnie jeszcze kilka lat, ale w końcu musiało skonfrontować się z masą darmowych treści. Ale czy przegrało? Niezupełnie, branża wymyśliła po prostu nowe sposoby zarabiania, dostęp do porno stał się większy niż kiedykolwiek, znajduje się zawsze pod ręką – lub, jak w wypadku urządzeń mobilnych, jest z nami właściwie zawsze. Ale czy to faktycznie rewolucja?

Nowatorstwo formalne związane z wejściem nowych modeli produkcji i dystrybucji ogranicza się właściwie do gatunku gonzo, pornografii kręconej kamerą z ręki i pozbawionej inscenizacji, gdzie fabuła i dokumentacja seksu zlewa się w jedno. Gonzo to najczęściej film o filmowaniu i kupowaniu seksu.

Mówi się, że to dzięki porno powstała tak naprawdę technologia przekazywania płynnego obrazu za pośrednictwem przeglądarki internetowej, bez konieczności ściągania go na dysk – czyli streaming.

Za jego popularność odpowiadają zarówno próby wejścia do Internetu telewizji informacyjnych, co inwestycje magnatów medialnych w nowe sposoby emisji treści. Epoka porno doby internetu dała mainstreamowi gwiazdę nowego typu – Sashę Grey, ale czy nie jest ona kolejnym wcieleniem tego samego archetypu zbuntowanej i upadłej dziewczyny ze średnioklasowego domu, który intrygował w każdej dekadzie? Plus ça change, plus c’est la même chose – im bardziej coś się zmienia, tym bardziej pozostaje takie samo.

To, co faktycznie się przeobraziło to nie samo porno, ale sposób, w jaki je konsumujemy. I to co robi w kulturze. Odpowiedź na to pierwsze pytanie to dane o tym, że dziś prawdopodobnie więcej pornografii ogląda się na urządzeniach mobilnych niż w kinach, na wideo, a nawet na wszystkich komputerach razem wziętych. Oglądamy je sami, skrycie i nie stanowi już o buncie, lecz o sprawniejszej obsłudze własnych potrzeb i  kontroli nad sobą. Nie jest narzędziem wyrywania się norm, ale własnego się w nich przeglądania. Tak jak pojęcie porno powstało z potrzeby kontroli pewnych obrazów, tak dziś ta kontrola – choć często myli się ją z wolnością i pisze o „pornografizacji” kultury – przeniosła się na poziom jednostek. Dziś każdy i każda z nas, dzięki mechanizmom sieci, jest samodzielnym producentem (płacimy za nie, nawet jeśli nie bezpośrednio), konsumentem (oglądamy je), recenzentem i dystrybutorem (klikamy, oceniamy, linkujemy). To raczej pesymistyczny obraz rewolucji, skoro nie uwalnia ona nikogo, lecz ze wszystkich czyni konsumentów.

shortbus

Nie znaczy to jednak, że nie ma w dzisiejszym porno ścieżek prawdziwe rewolucyjnych. Pornografia queer i eksperymentalna, pokazywana chociażby na berlińskim Porn Film Festivalu, to jedna z odpowiedzi na symbiozę klikania, oglądania i tworzenia wciąż tych samych filmów. Porno, wywracające klisze mainstreamu i opierające się na prawdziwie równościowych mechanizmach produkcji, a także wyzwolone z reżimu wielkich studiów produkcyjnych i tyranii zarabiania pieniędzy, to kolejna z dróg. Nie sposób zapomnieć o futurystycznych scenariuszach pornografii – animowanej, generowanej w 3D i prawdziwie usieciowionej. Te działania dotychczas kończyły się fiaskiem, ale niedługo mogą wybuchnąć, gdy te zupełnie analogowe kroki na rzecz „lepszego porno” wreszcie uzbroją się w technologiczne narzędzia i skonsumują potencjał mechanizmów sieci. Nie tylko dla lepszej sprzedaży.

Bo że potrafi zarabiać, podniecać, bawić i gorszyć – to już wiemy. Wciąż natomiast pozostaje pytanie, czy dzisiaj, jak odkopane w Pompejach ruiny, potrafi powstać z martwych i wstrząsnąć kulturą?

Artykuły tego samego autora

Komentuj