„Hobbit. Niezwykła podróż – Kronika I: Sztuka tworzenia filmu” – recenzja książki Daniela Falconera - EKRANy

„Hobbit. Niezwykła podróż – Kronika I: Sztuka tworzenia filmu” – recenzja książki Daniela Falconera

Kilka lat po rozmontowaniu dekoracji do „Władcy Pierścieni”, w Hobbitonie znów rozległy się odgłosy stukania młotków, wbijania gwoździ i piłowania desek. Wioskę włochatych stworów nie tylko odbudowano, ale i ulepszono. „Hobbit”, choć to prequel, nie mógł być przecież skromniejszy od poprzednika. Niejako wbrew samemu Tolkienowi, który zarówno bohatera jak i przygodę „skroił” na mniejszą skalę. Przyglądając się ilustracjom w albumie wydanym przez Amber, zauważymy więc więcej szczegółów, bogatszą dekorację, a także więcej elementów związanych z wędrówką „tam i z powrotem”, granego teraz przez Marty’ego Freemana, hobbita. Jednym z przykuwających wzrok detali jest smoczy pazur, będący zapewne pamiątką po wyprawie, z której nie wrócimy przed świętami 2014 roku – wtedy ukaże się wieńczący trylogię film. To trofeum po Smaugu, ale nie zdradzajmy przedwcześnie szczegółów. Album zawiera reprodukcję mapy podróży oraz kontraktu, jaki podpisać musiał Bilbo przystępując do kompanii. Również „Hobbit: Niezwykła podróż. Kronika I. Sztuka tworzenia filmu” jest przewodnikiem; właściwą mapą, która pozwoli zatrzymać wzrok na konkretnych szczegółach – rzecz, której nie sposób zrobić w trakcie seansu, gdy w kadrze dzieje się tak wiele.


Na kartach wydawnictwa, zderzającego ze sobą szkice koncepcyjne, renderowaną grafikę i wycięte kadry filmowe, obejrzymy jednak znacznie więcej, niż cztery kąty nory hobbita. Każdy detal został omówiony – niezależnie czy był nim wystrój spiżarni, czy element biżuterii. Nie sposób wszystkiego wychwycić. Na kolejnych stronach „Hobbita” (albumu), znajdziemy krótkie wypowiedzi osób zaangażowanych w projekt, między innymi Alana Lee i Johna Howe’a, a więc legendarnych już ilustratorów prozy Tolkiena, z którymi Jackson współpracował wcześniej przy późniejszych częściach sagi. Poza wyglądem istot, miejsc oraz przedmiotów, Howe, Lee i ich współpracownicy stworzyli całą etymologię artefaktów Śródziemia, a także przedmiotów codziennego użytku, jak trąbka Oina, bez której krasnolud niczego nie słyszy. Innym przykładem jest gra Oriego, przypominająca skrzyżowanie szachów z „wilkiem i owcami”. Projektów, niczym ze średniowiecznej edycji katalogu Ikeii, jest więcej niż czasu ekranowego. Podobnie jak Tolkien, graficy, charakteryzatorzy i projektanci planów, inspirowali się tradycją kultur europejskich. Elementy ubioru, broń i wytwory cywilizacji, etymologicznie rozpięte są między „starym lądem” a Dalekim Wschodem, tym bardziej przekraczając ograniczenia epoki. Stroje krasnoludzic przypominają renesansowe suknie dworskie, a sztylety, których używa Nori – nepalskie „kukri”. Niestety, wiele pomysłów pozostało jedynie szkicami. Bukłak na wodę ze szczurzej skóry, który Bilbo miał nosić u pasa, nigdy do filmu nie trafił.

Zgodność z mitologią Śródziemia była w pracy nad projektem kluczowa. Z jednej strony, twórcy musieli odtworzyć kreacje z „Władcy Pierścieni”; z drugiej – pamiętać, by nie „przedobrzyć”. Mamy w końcu do czynienia z prequelem, wyrosłym z bajki dla dzieci. Z albumu dowiemy się, w jaki sposób zadbano o ciągłość genealogiczną postaci (Gloin, ojciec Gimliego musiał odznaczać się fizycznym podobieństwem do Johna Rhysa-Daviesa – za model posłużyły więc zdjęcia z młodości aktora z poprzedniego filmu). Postacie Sarumana i Gandalfa były gotowe. Skorygowano jednak szczegóły ich ubioru – krój togi, główkę laski; Gandalf otrzymał nowy szal – podróż w „Hobbicie” odbywa się w końcu po północnych krainach. Możemy przyjrzeć się ewolucji wyglądu postaci, wraz z jej „ślepymi zaułkami”. Nadmierne owłosienie krasnoludzkich kobiet, czy uroda goblinów, nie sprawdzały się zbyt dobrze. Na kartach publikacji rozrysowane zostały też górskie giganty miotające skałami, plenery leśne, a także intrygująca chatka Radagasta – czarodzieja o ekscentrycznym makijażu – z gniazdem we włosach i policzkami przypudrowanymi ptasimi odchodami. W odróżnieniu od „Władcy…”, w którym krasnal stanowi egzotyczny dodatek do zespołu, w „Hobbicie” to niscy i barczyści ludzie stają się miarą świata. Podobni są tylko z pozoru. Jackson zadbał, by każdy z krasnoludów odróżniał się czymś od reszty kompanii. Graficy z Weta Workshop przedstawili zatem szereg akcesoriów, strojów, oraz fryzur, do wyboru dla Jacksona. Nori otrzymał brodę w kształcie rozgwiazdy, zaś Bombur – warkocze splecione w precelek.

Nie wiem, czy było to specjalnie, czy też przypadkiem, ale niektóre podrozdziały wydawnictwa zdradzają treść przyszłych części. Jedną z nich jest przyjęcie u starego Tuka, dziadka Bilba, na której mały Hobbit po raz pierwszy spotyka Gandalfa. Osobnych rozdziałów doczekały się najistotniejsze etapy podróży, jak kolacja, na której garstka nieostrożnych krasnoludów staje się „pieczenią” dla trolli. Również Rivendell ukazane zostało z innej strony. Droga do niego jest kręta i prowadzi górskimi przełęczami, jak gdyby już samo fizyczne utrudnienie miało stanowić o trudnych relacjach Elfów z Krasnoludami. „Zagadki w ciemności”, rozgrywające się na brzegu podziemnego jeziora Golluma, to sceneria wyczekiwana przez niejednego fana, potrafiącego wyrecytować ten fragment z pamięci. Wizja Weta Workshop nie rozczarowuje. Innym przykładem jest podziemne miasto goblinów, stanowiące parodię królestwa krasnoludów, Azanulbizar. Ich władca, ropuch, jak piszą twórcy, powstał na drodze zestawienia fałd skóry azjatyckiego nosorożca z twarzami brytyjskich komików. „Wielki[ego] goblin[a] [...] [t]raktowałem […] jak coś między dickensowskim wyzyskiwaczem a zapijaczoną gwiazdą rocka, która zeszła na psy”, pisze David Meng – jeden z artystów odpowiedzialnych za koncept postaci. Dobrze, że nakład pracy nie poszedł na marne i że znalazło się miejsce także dla odrzuconych projektów świata filmu.

Książka, która ukazała się nakładem wydawnictwa Amber, to wspaniały album, godny mrówczej pracy artystów odpowiedzialnych za stronę wizualną „Hobbita” – zdecydowanie największego atutu filmu, który w grudniu szturmował polskie kina. Piękne ilustracje, tworzące nieraz szeroką na dwie strony panoramę, pozwalają powrócić do świata Śródziemia. Polityka wydawnicza Warner Bros. Pictures, dystrybutora filmu, nie pozwoli nam na zbyt długo zapomnieć o filmowej trylogii Hobbita. Posiadając w swojej kolekcji tak pieczołowicie wydaną książkę o filmie, nie będziemy chcieli wychylić głowy z Shire’u. Nie my jedyni. Czytając listę nazwisk z tyłu książki i przeglądając produkty ich pracy, rzeczywiście można uwierzyć, że mityczna kraina wymyślona przez Tolkiena, istnieje gdzieś na drugim krańcu Ziemi. Praca w niej nie ustaje, a już za 10 miesięcy ponownie wyda plony.

Maciej Stasiowski

Komentarze do wpisu "„Hobbit. Niezwykła podróż – Kronika I: Sztuka tworzenia filmu” – recenzja książki Daniela Falconera":

Jeszcze nie ma żadnych komentarzy. Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz:

EKRANy


Zobacz zajawkę numeru

EKRANy
to pismo poświęcone różnorodnym zjawiskom współczesnego kina i mediów. Wydawane jest w atrakcyjnej szacie graficznej i dystrybuowane w wersji papierowej oraz cyfrowej.
W magazynie publikują wybitni filmoznawcy i krytycy filmowi, analizując zjawiska związane z historią i teorią kina, filmem najnowszym, serialem telewizyjnym, grami wideo, kinem dokumentalnym i animowanym oraz media-artem.

Przeczytaj więcej.